piątek, 30 marca 2018

Señor Nazareno


Rodzinny album otworzył mi się na stronie zatytułowanej „Azja”. Zasuszone kwiaty hibiskusa, chińskie monety z kwadratową dziurką, banknoty z wizerunkiem Mao Tse Tunga, jakieś bilety na coś tam gdzieś tam, tajskie czy balijskie papierowe kukiełki na patyku, wreszcie owinięty w liść bambusa „krzyżyk z Manili”. Obok notatka opatrzona kilkoma wykrzyknikami: „i rozdrapali Chrystusa na kawałki”!
Zaczęliśmy wspominać.
Zbliżała się Wielkanoc 1987 roku. Z Hong Kongu, w którym mieszkaliśmy z naszą małą córeczką, postanowiliśmy uciec na katolickie Filipiny. Zmęczeni „Konfucjuszem”, buddyjskimi świątyniami, palącymi się wszędzie kadzidełkami, marzyliśmy o „porządnej Wielkanocy”.
Z Filipińczykami, a właściwie Filipinkami, kontakt mieliśmy stale. Było ich w Hong Kongu mnóstwo. Zatrudniano je, jako pomoce domowe i nianie do dzieci. Były wesołe i czułe, dzieci je uwielbiały. Filipińczycy to naród niezwykle muzykalny, artystycznie uzdolniony, emocjonalny, łatwo się wzruszający, bardzo intensywny w „odbieraniu świata”. Z 92 milionów ludności 82 procent stanowią katolicy, a religia i jej bardzo aktywne praktykowanie, to podstawa egzystencji. Filipińczycy mają hiszpańskie imiona, azjatyckie rysy i amerykański akcent, ale sami pierwsi przyznają, że 400 lat hiszpańskiej dominacji i 50 lat „mariażu” z Ameryką nie było w stanie wyrugować z nich tego, co jest odwiecznie ich własne. Otwarci na zewnętrzne wpływy, w dużej mierze „uhiszpanieni” i zamerykanizowani, pozostali jednak „Filipino”. W sprawach religii także.
Ich kraj znajduje się w południowo-wschodniej Azji, położony na archipelagu Oceanu Spokojnego. Stolicą jest fascynująca Manila. Przylecieliśmy do niej w Wielkim Tygodniu. Dużo zwiedzaliśmy (parę tysięcy butów Imeldy Marcos też!), a w Wielki Piątek dołączyliśmy do uroczystej i trwającej wiele godzin, procesji. Wiedzieliśmy, że to trzeba przeżyć. Otoczeni zewsząd stale rosnącym tłumem, dostaliśmy do rąk świeczki w papierowych abażurkach i ruszyliśmy. I już nie było dla nas odwrotu. Znaleźliśmy się pośrodku wolno posuwającej się, nieprzebranej rzeszy ludzi. Byliśmy jedynymi Europejczykami. Złote włoski naszego dziecka stale ktoś dotykał, głaskał, podziwiał. To nam robiono zdjęcia, a miało być odwrotnie! Posuwaliśmy się za wolno jadącym karawanem (carroza), strojnym w pióra, kwiaty, haftowane koralikami tkaniny. Konie zastąpiono młodymi mężczyznami (hijos), ciągnącymi otwarty karawan długimi, grubymi linami. W środku na atłasowym prześcieradle leżała naturalnej wielkości rzeźba Chrystusa. Był to Nuestro Padre Senor Nazareno sprzed 400 lat. Figura pamiętająca wczesne dni Conquistadores. Długie, prawdziwe i w swej prawdziwości wręcz niesamowite włosy, spływały po poduszkach. Ci, którzy szli tuż obok, co chwilę te włosy gładzili i poprawiali. Wiele kobiet głośno zawodziło. Nasze dziecko otoczone tą powszechną żałością też płakało. Oj, niedobrze! Z każdą chwilą utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że ta procesja to nie był najlepszy z naszych pomysłów, ale było za późno. Ludzka rzeka otaczała nas i pchała ulicami Manili. Stale się powiększała, rozlewała w boczne przecznice, wzbierała. Wreszcie po wielu godzinach wepchnięto nas do kościoła w jakieś podłej dzielnicy. Okazało się, że jest to słynne Quiapo, jedna z najstarszych części miasta.
Figurę Chrystusa wyjęto z karawanu i wniesiono „na marach” do środka. Tam ustawiono na wysokim katafalku. Rozpoczęła się Msza Święta. Odprawiał ją europejski ksiądz, który wypatrzył nasze twarze w tłumie i uśmiechnął się do nas. Msza przebiegała spokojnie, ale jakieś napięcie wisiało w powietrzu. Im bliżej było końca, tym tłum coraz bardziej napierał na katafalk. Z trudem i w ostatniej chwili usunęliśmy się za filar, bo oto z ostatnim błogosławieństwem rozpoczęło się widowisko, którego nigdy nie zapomnimy. Rozhisteryzowani mężczyźni tratując się wzajemnie, wspinali się na katafalk, rozdrapywali kwiaty, rwali chrystusowe szaty, przytulali się do figury, nawet się na niej kładąc (!), jedni drugich spychali, płakali, krzyczeli. Wreszcie odarli figurę Chrystusa dosłownie ze wszystkiego!
Ksiądz widząc nasze przerażenie, pokazał nam, którędy mamy do niego dojść. Przepchnęliśmy się z wielkim trudem, niosąc nad głowami wózeczek z dzieckiem. Przy herbacie w zakrystii ksiądz, który okazał się być Niemcem z Westfalii, wiele nam wyjaśnił. Chrześcijaństwo Filipińczyków, stale ma panteistyczną duszę, głoszącą, że Bogiem oprócz Boga jest też wszechświat, prawa i siły natury, a czcić należy też skały, góry, wodospady i drzewa, w których pomieszkują dusze filipińskich przodków. Święcona woda jest źródłem „magii”, święci maja supernaturalną moc, taką sama jak duchy przyrody (engcanto), a modlitwy „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” przynoszą deszcz, umacniają nasionka ryżu, niszczą wroga i wzbogacają plemienne wioski. Dotknięcie Nuestro Padre Senor Nazareno, przyniesie uzdrowienie, a zabranie z figury czegokolwiek ze sobą, uchroni od wszelakiego nieszczęścia.
Dzisiejsze religijne fiesty na Filipinach łączą prastare rytuały magii z zaszczepionym tu chrześcijaństwem. Zawdzięcza się to mądrości dawnych księży, którzy „dla dobra sprawy” umieli pogodzić lokalne wierzenia i nową religię, w jedną i jedyną w swym rodzaju całość.
Nie wszystkim jednak, przychodziło to łatwo. Nasz niemiecki ksiądz, na zakończenie rozmowy kazał pozdrowić Kraków i z westchnieniem rezygnacji stwierdził: 25 lat tu mieszkam, ale do „rozdrapywania Chrystusa” przywyknąć nie mogę!
A my, na wyspę Cebu, gdzie ogląda się przybijanie do krzyża śmiałków ratowanych w ostatniej chwili od klinicznej śmierci, już nie polecieliśmy!
Tęskniliśmy za naszym „święconkiem”, pisankami i cukrowym barankiem! A swoją drogą, ciekawe co pomyśleliby Filipińczycy o naszym „topieniu Marzanny”, „śmigusie dyngusie”, czy połykaniu na szczęście i na zdrowie wielkanocnych ”bagniątek” z poświęconej palmy?
Ewa Śliwowska - Kwaśniewska

czwartek, 30 listopada 2017

Poland – Lapland... dwa bratanki

Pojechałam z ojcem na bardzo specjalistyczne badania oczu. Słynny londyński szpital okulistyczny Moorfields ma nowoczesną filię w moim lokalnym szpitalu w Croydon. Wielonarodowy medyczny tygiel, z polskimi lekarzami i pielęgniarkami włącznie.
Wstępne badanie wykonuje małomówna Nigeryjka. „E, F, P, T, O, Z, ... a niżej?” Niżej już nic, odpowiada tata. Koniec badania. Wychodzimy. Kolejne, w ciemnej „pieczarze”. Technik Filipińczyk. Miły, uśmiecha się serdecznie. „Patrz w górę, w dół, w prawo, w lewo, nie mrugaj” – tłumaczę komendy. Taka moja rola. Ojciec mówi świetnie po niemiecku, ale co mu tutaj z tego!? Z angielskiego dwója. „Robię więc” za tłumacza.
Wychodzimy. Następne badania w małym pokoiku z wielką aparaturą. Tym razem wita nas technik okulista z Trinidadu. Na imię ma Kemnel. Wysoki, pięknie zbudowany, nieskazitelnie białe zęby, szeroki uśmiech. Dopytuje się ciekawie skąd to ojca szeleszczące nazwisko. Jesteśmy Polakami, mówię. From Poland. Aaaa, wiem, wiem! Lapland! Renifery! Święty Mikołaj!
Poland! - podnoszę trochę głos. No tak, właśnie mówię! Lapland! Dużo u was śniegu i zimno. Zawsze chciałem pojechać zobaczyć. No to jedź, zachęcam (i do końca nie wiem czy to on mnie podpuszcza, czy ja za chwilę zrobię z niego balona). A do jakiego miasta w Laplandzie są loty z Londynu? – pyta rozradowany. Do Krakowa, odpowiadam. Z Gatwick. Aaaa, to świetnie! To sobie sprawdzę połączenia. „W górę, w dół, w prawo, w lewo, a teraz uwaga! - puszczam powietrze.” Puff – lewe oko, puff – prawe oko. Ojciec, stoicka kwintesencja cierpliwości, wytrzymuje dzielnie kolejne etapy badania. Nawet „puszczanie powietrza”.
Wychodzimy. Czekamy. Teraz wizyta w gabinecie specjalisty. Pani doktor – Hiszpanka. Długie precyzyjne instrukcje, interpretacja wyników badań, recepta. Medyczny konkret. Ale coś ją jednak niepokoi.  Woła kolegę. Egipcjanina. To doskonały chirurg. Znamy go z poprzednich wizyt. Coś tam uzgadniają. Jednak wszystko jest w porządku. Wychodzimy.
Przed drzwiami czyha rozradowany „Trinidad”. Sprawdziłem! Piękny ten wasz Kraków. Polecimy z kolegami na week-end. Jak myślisz? Good idea? No i... sorry z tym Laplandem. Coś mi się pokręciło! Jasne, odpowiadam. Nic nie szkodzi. Koniecznie polećcie!
Po powrocie do domu i obejrzeniu w polskiej telewizji powtarzanych bez końca listopadowych przemarszy rocznicowych, zaniepokoiłam się jednak o uśmięchniętego Kemnela. Poleci z kumplami do Krakowa czy innej Warszawy sprawdzać śnieg, a tu ledwie wysiądą już mu nasi chłopcy narodowcy dadzą w zęby. Wdrażając w czyn hasła z niesionych transparentów „Wszyscy różni, wszyscy biali” i „Biała Europa”. Ciekawi świata okuliści z Croydon nie zdążą nawet zjeść wymarzonego pieroga z grzybami i kapustą, o popiciu polskim piwkiem w ogóle nie wspominając. No, a jak tak nie przylecą ani oni, ani później inni, to za parę lat bardzo się będziemy musieli natrudzić, żeby wytłumaczyć światu różnicę... co Lapland, a co Poland.
Oj, smutno!


Ewa Kwaśniewska 



piątek, 13 października 2017

Asi, po roku od przejścia…

Asiu, 
Jakże mi żal, że już razem tu na ziemi nic nie zrobimy.
Nie napiszemy bloga, nie porozmawiamy, nie spędzimy świąt przy idealnie zastawionym przez Ciebie stole i najlepiej przyrządzonych przez Ciebie potrawach…
Tęsknię za Tobą i moja miłość do Ciebie nigdy nie umrze.
Jestem wdzięczna za to, że dane nam było ze sobą być.
Byłaś, jesteś i zawsze będziesz moją starszą, mądrzejszą ode mnie siostrą.
Brakuje mi Ciebie tu na ziemi, lecz wiem i czuję, że tam, gdzie jesteś jest już tylko nieskończona dobroć i miłość.
Tam, już nikt nie może Cię zranić lub skrzywdzić.
Wiem, że jest Ci dobrze i że kiedyś się spotkamy po tej drugiej stronie, przy rajskim stole razem z resztą naszej rodziny i będziemy znowu doświadczać cudownych chwil i niebiańskich smaków.
Do zobaczenia,
Gosia


Rajski Teatr

Dzisiaj spełniły się nadzieje,
że szczęściu swemu nie dowierzam,
bo w raju czas już nie istnieje,
więc anioł czasu nie odmierza.
Jeśli więc zegar mnie nie wiąże,
a w niebie są przestrzenie spore,
to się na spektakl spóźnić zdążę,
by pieśń zanucić w samą porę.
O chwilach z Wami tak szczęśliwych,
że łzami zraszać ich zabraniam,
bardziej uśmiechu trzeba żywym,
niż zmarłym nad grobami łkania.
Nie trzeba żyć na ziemi sto lat,
żeby się teatrem świata urzec,
bo przecież i najkrótsza rola,
trwa od wieczności znacznie dłużej.
Krzysztof Cezary Buszman


niedziela, 2 kwietnia 2017

Polskie orły

Oj, warto się ruszyć z tych naszych Ealingów, Actonów, Kensingtonów i Croydonów. Tego „pępka świata”, spoza którego jakże często nie widać całej reszty zupełnie dobrze działającego emigracyjnego organizmu. W sprawach polskich warto się „przewietrzyć” i pojechać trochę dalej. A chociażby do Southampton! I nie po to, aby tam zwiedzać Muzeum Titanica czy na lokalnym stareńkim cmentarzu odnaleźć groby tych, którzy tak tragicznie razem z okrętem zginęli. Groby pozapadane, pozarastane ale przecież wyraźnie zaznaczone niebieskimi kołkami widocznymi z daleka. Pojedźmy do Southampton po to, aby spotkać się z Rodakami tam mieszkającymi, a konkretniej jeszcze, tymi związanymi z Polską Szkołą ABC im. generała Stanisława Sosabowskiego. Bo dostrzec ich wszystkich koniecznie trzeba! Już mówię dlaczego.
Kiedy w zeszłym roku obchodziliśmy 1050. rocznicę Chrztu Polski, to właśnie ta szkoła poprosiła Chór Ave Verum o wykonanie Galowego Koncertu z tej właśnie okazji. Zaproszenie jakie przyszło pocztą, było naprawdę niezwykłe. Eleganckie, piękne graficznie, związane sznureczkiem, a sznureczek zwieńczony „piastowską” pieczęcią! Że też im się chciało to wszystko robić, pomyślałam wówczas z niejakim podziwem! A chciało im się jeszcze więcej! 
Na koncert „Bogiem Sławiena” zaprosili Panią Burmistrz Southampton, w pełnej „regalii”. Przyjechała! Poproszono naszego nowoprzybyłego wówczas do Londynu Ambasadora, który zaproszenie ku radości nas wszystkich przyjął, a koncert objął swym patronatem! Towarzyszyły mu małżonka i śliczne córeczki. Otton Hulacki „przeprawiwszy się przez morze” z Isle of Wight, jak zwykle wierny takim wydarzeniom, zasiadł wśród wielu innych zaproszonych gości. 
Kościół pod wezwaniem Świętego Edmunda, w którym energicznie i z wielką wrażliwością na sprawy polskie pracuje Proboszcz Zbigniew Budyn, wypełniony był po brzegi. Dla niewielkiej szkoły, wielki to był zaszczyt. Chór dał z siebie wszystko. Bo i okazja tego wymagała i cudowna publiczność z Southampton na najlepsze sobie zasłużyła. Koniec koncertu nie oznaczał końca niespodzianek przez Szkołę przygotowanych. Chórzystów, Pana Ambasadora i znamienitych gości podjęto w Polskim Pubie pysznym obiadem. Gościnność iście staropolska!
To wtedy dowiedzieliśmy się, że w Southampton mieszka „prawie cały” Ostrów Świętokrzyski! Ten młody oczywiście, bo „stary” został w Polsce. A tutaj koledzy z podwórka, koleżanki z blokowisk. Southampton to także Opole, Bielsko-Biała i Katowice. Z Pomorza kiedyś nikogo, teraz sprawy mają się inaczej. W porcie pracują świetnie wykształceni Gdańszczanie. Kiedyś pracowało się tu bez angielskiego, teraz ludzie okrzepli, rozgadali się, nauczyli języka. Pracują tu polscy policjanci! Zjechały babcie do wnuków, wreszcie całe rodziny z czworonogami włącznie. Osiedli, zapuścili korzenie. Populację Southampton stanowi 250 tysięcy ludzi. Z tego 10% to Polacy! Ogromna ilość dzieci! Nie wszystkie niestety są w polskich szkołach. Rodzice robią tym dzieciom wielką krzywdę – żali się kierowniczka Szkoły ABC pani Viola Sawulska. Pytam więc o szkołę. Okazuje się, że założył ją dla mamy, czyli pani Violi, jej syn Rafał. Było to raptem 11 stycznia 2014 roku, a już poszczycić się mogą tak wieloma pięknymi osiągnięciami. Pani Viola jest nauczycielką o 15-letnim stażu, entuzjazm jej nigdy nie opuszcza, zgromadziła w tej szkole młodych, świetnie wykształconych nauczycieli, wszyscy mają tu i wielkie serca i wielkie ambicje. Widać jak wiele miłości wkładają w to, co robią.
Polacy z Southampton robią wiele dobrego. Angażują się w charytatywne akcje („Mile dla Bartka”), wspierają budowę szkoły w Ugandzie (!). W lokalnym radio „The Sound of Poland”, pani Renata Bogus nagrywa polskie dzieci w świątecznym programie. Malwina i Kalina przygotowane przez Joannę Kuzaj, nauczycielkę muzyki i chórmistrzynię śpiewają polskie i angielskie kolędy.  Ich rodzice składają Rodakom życzenia, powstaje z tego wzruszająca płyta, którą dostajemy pod choinkę. Teraz z kolei lokalne Polskie Radio organizuje własny akcent na zbliżający się dzień Świętego Jerzego. Motywem przewodnim łączącym, stanie się samolot Spitfire. I znów popłyną opowieści. I znów będzie sporo polsko-angielskiej historii.
W niedzielę 12 marca Szkoła ABC zorganizowała uroczyste obchody pamięci o Żołnierzach Wyklętych. I zrobiła to świetnie! Z Londynu IPN-owską planszową wystawę „Piąta Brygada Wileńska i jej bohaterowie” sprowadzili Katarzyna Korniak i Rafał Sawulski. W ten sposób stała się ona wystawą obwoźną, co zresztą było słusznym założeniem edukacyjnym jej twórców. Wysłuchaliśmy świetnego i potrzebnego komentarza (Pani Sylwia Kosiec – Polska Wspólnota w Wielkiej Brytanii), obejrzeliśmy film „Inka” z polską młodzieżą z Londynu w rolach głównych (brawo harcerze!), wysłuchaliśmy żołnierskich piosenek, wierszy i tekstów z przejęciem mówionych przez garnące się wyraźnie do naszej narodowej historii dzieci. Wreszcie mieliśmy też okazję do prywatnych rozmów, z ostatnim Żołnierzem Wyklętym panem Sergiuszem Paplińskim i Ottonem Hulackim, który... a jakże – był!!
Niejaką atrakcję stanowiła wśród nas obecność znanego nam bramkarza polskiego Artura Boruca, którego córeczki brały udział w szkolnej inscenizacji. Moją prośbę, czy pozwoli sobie zrobić zdjęcie dla czytelników „Tygodnia”, rozpoczęłam szczerze, acz może niezbyt zręcznie: „ja się na piłce nożnej kompletnie nie znam...” na co pan Artur z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział: „to zupełnie tak jak ja”. Na zdjęcie zgodził się natychmiast, pogadaliśmy chwilkę, okazało się, że zawsze wspiera wszelkie szlachetne polskie akcje i kibicuje córeczkom w ich szkolnych występach.
Podobało nam się w tym polskim Southampton! Ludzie z entuzjazmem tworzą tam swoje nowe życie. Są młodzi, wiedzą czego chcą. Jestem pewna, że dokonają rzeczy wielkich i pięknych. A szkole ABC im. generała Stanisława Sosabowskiego kibicujmy z całych sił! Dzieci, które z niej kiedyś wyfruną, z całą pewnością będą miały skrzydła... polskiego orła!


Ewa Kwaśniewska 

Artykuł opublikowany w Tygodniu Polskim w dniu 25 marca 2017 r.

piątek, 11 marca 2016

„Dzidzia Piernik”


Kochany Hemar! Jak on się znał na kobietach! Jak je potrafił obserwować. I obsmarować. W najczulszy zresztą sposób. Bez złośliwości, a skutecznie. Trochę jak ta żmijka, co to dziurki w skorupce nie zrobi, a żółtko wypije. Albo trucizenkę zgrabnie wpuści tam gdzie trzeba i ofiarę powali. Ofiary Hemara umierały ze śmiechu, co powszechnie wiadomo. Jego piosenki nie mają sobie równych, a moją ulubioną jest „Taka mala” - kwintesencja wiedzy o dwoistej naturze babskiego rodu. 
Je me sens dans tes bras si petite,
Si petite aupres do toi" -
Czy pan widzi tę drżącą kobitę?
Jej bezbronność, co w tych słowach łka?
Całe serce masz przed sobą odkryte,
Wszystek lęk w sercu jej ścichł
"Je me sens dans tes bras si petite
Jestem mala w ramionach twych".

Użera się z kuchtą, na schodach od rana
Słychać jej wrzask -
Potem się wymalowała jak ściana
i drzwiami trzask -
Do cukierni, do Lidki i Ziutki na plotki,
i ciacha żrą,
Zatańcz z nią wieczorem - jej uśmiech tak słodki -
Wargi jej drżą:

Jakaś jestem w twych ramionach taka mala
Mógłbyś wziąć mnie na ręce i nieść
Taka jestem zmęcona i nieśmiala.
Tylko pieść mnie, a pieść mnie, a pieść
Nie ściskala... mężusia patrzala...
Pan jest mocny, za mocny... a ja?
W twych ramionach czuję się taka mala
Si petite aupres de toi

Gdy widzi, że Lidka ma nowe źrebaki,
Zalewa ją krew -
Przy brydżu szachruje, na wprost daje znaki,
Żeby wyjść w trefl!
Mężowi wymyśla: psiakrew! do cholery!
Futro mi kup!
O piątej przychodzi do twej garsoniery
I łka u twych stóp

Jakaś jestem przy tobie taka mala...
Taka mala... to jej trik. To jej lep.
Proszę pana, niech się pan nie rozpala
Niech pan weźmie coś ciężkiego i w łeb!
Ona duża, proszę pana, ona krowa.
Czy pan słyszy, co w głosie mym łka?
Jeśli panu się jakaś mala podoba
Taka mala... proszę pana - to może
ja



No, to drogie panie… która z nas jest „ta mala”, a która, za przeproszeniem… krowa? Może to pani Halinka z Balham, albo Wiesia z Ealingu? Bo Ela z Brighton to chyba raczej nie? Chociaż Ania z Edynburga to zgrabne połączenie i jednej i drugiej. Co tylko potwierdza geniusz rozpoznawczy Hemara. Nawet pośmiertny. Bo w damskiej naturze niewiele się od jego czasów zmieniło. Gdyby Hemar pisał swoje genialne teksty teraz, ciekawa jestem czy powstałaby piosenka o takiej na przykład „Dzidzi – piernik”? Czy chodząc po ulicach rozpoznałby ją bezbłędnie?

„Dzidzię – piernik” podziwiamy najpierw z tyłu. Ubrana jest w krótką sukienkę w różyczki albo spodenki „rurki” pokazujące zgrabne kostki. Opinają ją ciasno, podkreślając szczupłą sylwetkę. Bo „Dzidzia” z uporem wartym lepszej sprawy, obsesyjnie pilnuje swojej wagi. Żywi się sałatą i plasterkiem ogórka. Czasem zje orzeszka. Codziennie chodzi do „gymu” (czyli po naszemu na gimnastykę). Najpierw poci się na rowerku, potem zalicza kilometry na „pasie spacerowym” i podnosi ciężarki, żeby ujędrnić ramiona. Tortury kończy na „siodełku do wiosłowania”, co ma spłaszczyć jej brzuch i wyszczuplić uda. Jak jeszcze ma siłę, to przepłynie czterdzieści długości basenu żabką. Od czasu do czasu na płyciźnie podeprze się nogą dla wytchnienia.

„Dzidzia” od tyłu wygląda jak dzidzia. Od przodu… jak piernik. Stąd nazwa. Ma długie włosy związane aksamitką w ogonek. Nie farbuje ich, bo chce być „ au naturelle”. Kiedyś były błyszczące. Teraz są siwo żółte, ale i tak jest w nich przecież śliczna. Wygląda jak na swoim zdjęciu maturalnym. Naprawdę!  Często zakłada białą bluzeczkę z kołnierzykiem. W rączce niesie koszyczek. Właściwie się nie maluje. Jeżeli już to tylko usta. Blado – różową pomadką. Albo czerwoną, zbliżoną do koloru skrzynek pocztowych Royal Mail.

„Dzidzia – piernik” jest właściwie wieku nieokreślonego. Może mieć około pięćdziesiątki, ale czasem podciąga pod osiemdziesiątkę. A nawet ją przekracza. Dokładnie nie wiadomo, bo do wieku nie przyzna się za nic na świecie. Koleżanka mojej mamy, bardzo szanowana łódzka lekarka (klasyczny prototyp „Dzidzi”) nie mogła odżałować, że po wojnie urwała sobie w metryce parę dobrych lat. Skutkowało to tym, że kiedy wszyscy już dawno poszli na zasłużoną emeryturę, ona musiała się zwlekać rano do swoich pacjentów. Na długie i mozolne już dla niej godziny.

„Dzidzia” jest kobietką uroczą. Naprawdę bardzo ją lubię. Opowiada o bombardowaniu Londynu (była wtedy oczywiście bardzo malutka), albo o „tea dances” w Peckham Palais. W towarzystwie zawsze gra pierwsze skrzypce i bardzo nie lubi, kiedy ktoś inny zwraca na siebie uwagę. Za nic nie da sobie odebrać palmy pierwszeństwa! Jak już nikt na nią nie patrzy, klaszcze w rączki, przywołując niesforne towarzystwo do porządku. I do siebie.

„Dzidzia” jest wieczna… i przedwieczna. Stale aktywna. Właśnie zapisała się na kurs malowania akwarelą i jedzie w plener. Jak wróci to mi opowie jak było. Martwi się tylko, że jedzie tam ze swoim „Klubem Seniora”, a to przecież okropni nudziarze. „i strasznie staaaare grzyby”!

Przemożna chęć zatrzymania czasu i pogoń za wieczną młodością jest dziś powszechna. Widać to po ilości operacji plastycznych, którym poddają się już nie tylko nasze „dzidzie”, ale także mężczyźni. Najnowszy raport Brytyjskiego Stowarzyszenia Chirurgów Plastycznych podaje, że popularność operacji poprawiających urodę wśród mężczyzn stale rośnie. To 10 procent wszystkich zabiegów, jakie się wykonuje. Dużo. Widać naszą „Dzidzię” i jej poprzedniczkę, hemarowską „taką malą” dogania powoli… „Piotruś - Pan”. Śliczny i wiecznie młody… stary chłopczyk. Mamy nowe czasy. Niedługo wszyscy będziemy piękni i młodzi. Założymy wąskie rurki, wyleniałe włoski zawiążemy w kitkę i radośnie pojedziemy na festiwal do Glastonbury. Alternatywą jest… owinąć się w kocyk, położyć na kanapie i spokojnie poczytać gazetę. Muszę powiedzieć, że to jakoś bardziej do mnie przemawia. Moja wiecznie młoda koleżanka zadzwoniła właśnie z propozycją przepłynięcia czterdziestu długości basenu. Ewentualnie „na sucho” przelecenia paru kilometrów po parku. Nie dałam się namówić. Po skończeniu felietonu udaję się na kanapę. Raj!!!


Ewa Śliwowska – Kwaśniewska




Sałatka z quinoa
Kolejny składnik z zaliczanych do super food - quinoa, czyli komosa ryżowa. Komosa ryżowa została nominowana rośliną zbożową XXI wieku, należy do pseudozbóż, zawiera w składzie głównie węglowodany, ale również 18 % pełnowartościowego białka, które nie zawiera glutenu, ponadto zwiera sporo minerałów i mikroelementów i sporo tłuszczu bogatego w nienasycone kwasy tłuszczowe. Można ją nabyć w trzech kolorach: białą, czarną i czerwoną. Stanowi bardzo dobry składnik sałatek i dodatek do dań głównych. Może być samodzielnym posiłkiem w diecie wegańskiej po dodaniu np. grillowanych warzyw i taką wersję proponuję. U nas stanowi dodatek do grillowanego tuńczyka, że względu na zawartość saponin - związków, które nadają jej gorzki smak przy tym się pienią, należy ją przed gotowaniem dokładnie przepłukać na sicie zimną wodą.

200 g quinoa najlepiej w różnych kolorach
2 papryki ramiro
2 małe cukinie
200 g pomidorów koktajlowych
5 pomidorów suszonych
2 ząbki czosnku
bazylia
natka pietruszki
sól
pieprz
ocet balsamiczny

Przepłukaną kaszę quinoa zalewamy wrzątkiem, solimy, wlewamy 3 cm wody nad powierzchnię kaszy. Gotujemy do wchłonięcia wody i pozostawiamy w ciepłym miejscu. Ja wolę, aby quinoa była raczej twarda niż za miękka. Warzywa (paprykę i cukinię grillujemy w piekarniku, z papryki zdejmujemy skórę). Drobno kroimy cukinię, paprykę, czosnek po obróbce w piekarniku rozgniatamy i siekamy, doprawiamy warzywa oliwą z oliwek, solą i pieprzem i octem balsamicznym. Pomidory koktajlowe kroimy na cztery, zioła siekamy. Pomidory suszone wyjmujemy z zalewy i drobno siekamy. Następnie wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na godzinę albo jemy natychmiast. Gdy bardzo się spieszę dodaję do ugotowanej kaszy quinoa grillowane warzywa ze sklepu tzw. włoskie antipasti ze słoika i też jest całkiem dobre.

Asia

P.S. Po tak zdrowym jedzeniu czuję się „taka mala". Drogie Panie, zanim godnie z wiekiem zmatroniejemy, jak na przykład piękna Beata Tyszkiewicz, czy też Judie Dench, to jeszcze trochę poszalejmy, a co!
Gosia






poniedziałek, 7 marca 2016

Cougar – czyli tekst optymistyczny na 8 Marca!

Od dwudziestu już lat bacznie przyglądam się kobietom. Taki mój zawód, który zresztą bardzo lubię. Daje mi możliwość zbliżenia się do płci pięknej na odległość… pędzelka do makijażu. A to rzeczywiście bardzo blisko. Wszystko widać jak pod lupą. A i słychać jak… w konfesjonale. Przeważnie to ja jestem spowiednikiem. Cierpliwym uchem. Wysłucham, użalę się, zachwycę, utwierdzę w przekonaniu, nigdy nie skrytykuję, nie osądzę i zawsze rozgrzeszę. W dodatku po 20 minutach pracy, pokażę w lusterku obraz, który doda skrzydeł i każe uwierzyć w siebie. I w zatrzymaną na chwilę młodość. Taki to ze mnie pan Twardowski w spódnicy, z cudzoziemskim akcentem i słowiańską duszą. Bez angielskiej rezerwy, co się tutejszym kobietom bardzo podoba.
Jenny ma 70 lat. „Przyznała” mi się do tego ostatnio, najpierw zadając kokieteryjnie pytanie: „how old do you think I am?” Wszystkie panie, które lata „największej świetności” mają już za sobą, ale w oczach stale świecą im figlarne płomyki, kochają to pytanie: „a jak myślisz, ile ja mam lat?” Mojej Jenny powiedziałam prawdę. Że wygląda na 50, choć pewnie ma więcej, co widzę po… dłoniach. To fakt, dłonie mam spracowane! - odrzekła tryumfalnie i z niemałą dumą. Pięcioro dzieci, ręcznie prane pieluchy, marchewki mozolnie ucierane, mąż pasożyt, który wreszcie mnie zostawił (wymienił na młodszy model). W dodatku jestem malarką! Mieszam farby, wkładam w nie palce, żeby „czuć materię”. Jenny jest naprawdę śliczna i ma ogień w oczach. Rozmawiamy o życiu, sztuce i jej obrazach. Dała mi kontakt internetowy, żebym sobie popatrzyła, co maluje. Popatrzyłam. Śliczne, delikatne rośliny pełne słońca i wiatru. Dmuchawce, pajęczyny, gałązki i liście, wszystko cieniutkie i zwiewne. Jakby malowane… moim pędzelkiem do makijażu. A Jenny prosi o makijaż „młody”. Taki wiesz, leciutki, błyszczący, odbijający światło, a na usta tylko jasny błyszczyk. Żadnej szminki, bo postarza! Bo wiesz… ścisza głos, ja Ci się do czegoś przyznam. Nadstawiłam ucha.
Ja mam boyfrienda!
????
Tylko, że on nie jest w moim wieku.
????
Jest nawet całkiem młody.
????
A może nawet… za młody?
????
Chcesz wiedzieć ile ma lat?
????
Trzydzieści!
A ja siedemdziesiąt! Ha! (tu Jenny uśmiechnęła się tryumfalnie)
Nie szokuje cię to? - dodała, przypudrowując nos i zakładając nogę na nogę.
Nie - odpowiedziałam.
Mnie już właściwie nic nie szokuje. Widziałam mężczyzn udających kobiety, kobiety chcące być mężczyznami, pracowałam i pracuję z gejami, których w tym zawodzie jest wielu, a którzy są najlepszymi „koleżankami”, jakie sobie można wymarzyć. Nie, mnie już nic nie dziwi. Trzydziestoletni „boyfriend” siedemdziesięcioletniej Jenny też nie.
Związki starszych kobiet z młodymi, a nawet bardzo młodymi mężczyznami są ostatnio dość powszechne, a na pewno modne. Moda jak wszystkie mody, przyszła do nas z Ameryki. I przyjęła się. Wystarczy poczytać gazety, albo na internetowych stronach wyszukać słowo: „Cougar”.
Cougar to amerykański górski kot drapieżny. I takimi „kotami” stały się dzisiejsze dojrzałe kobiety. Demi Moore, Madonna, Joan Collins to znane wszystkim przedstawicielki tego nowego gatunku, ale na „polowania” chodzą już nie tylko gwiazdy i celebrytki, a całkiem zwyczajne kobiety z sąsiedztwa. Znudzone swoją samotnością i monotonią życia. 25% starszych kobiet wychodzi za mąż za młodszych od siebie mężczyzn. Kiedyś byłoby to szokujące, dzisiaj już coraz mniej dziwi. 280,000 kobiet w UK po 45 roku życia spotyka się z młodymi mężczyznami. W Ameryce to aż 30% damskiej populacji. Pani Robinson z filmu „The Graduate”, to fantazja, która jak widać, nigdy się mężczyznom nie znudziła. I z ekranu filmowego zeszła na ulicę.
„Barchanowa” żona w papilotach na głowie, przydeptanych kapciach, z worami pod oczami i w kretonowym szlafroku w kwiatki, odeszła w zapomnienie. Zastąpiła ją seksowna Jenny. Chodząca na Zumbę i Pilatesa, dbająca o swoje zdrowie, sensownie się odżywiająca, smukła i sprawna. Znająca swoje walory, interesująca i czarująca. A że brwi wypadły? - domaluje je cienkim ołóweczkiem. Usta za wąskie? – nadbuduje konturówką, albo zafunduje sobie Botox. Ciało zwiędło i „podróżuje na południe”? Nie szkodzi! Kupi sobie stanik z silikonową wkładką i majtki u Spencera podciągające pupę „na północ”. A poza tym, ciałem się specjalnie nie przejmuje. Ani się go nie wstydzi. Nie musi. Trzydziestoletni „toyboy”, znany w przedwojennej Polsce jako „śliczny Gigolo, mały Gigolo” (tańczył co noc na dancingu!) – też na jej ciało nie zwraca nadmiernej uwagi. Jest bowiem zafascynowany czymś zupełnie innym. Jej osobowością. To nie głupiutka młoda „koza” ze sztucznymi rzęsami, nie wiedząca czego chce i wiecznie siebie niepewna. To kobieta „po przejściach”. Interesująca i wyrafinowana. Nudzić się z nią nasz „toyboy” na pewno nie będzie.


Tu mała rodzinna dygresja. Ojciec mojej mamy, bystry obserwator i „admirator” pięknych kobiet (a swojej bardzo atrakcyjnej żony szczególnie!), wraz z dowcipnym kolegą, ułożyli „tabelę klasyfikacyjną pięknych pań”. W różnych fazach ich dojrzałości. Oto ona:
„Ficipulki”. 15-latki (warkocze, podkolanówki, chichoty, krosty na nosie).
„Firtyfluszki”. 30-latki (szpilki, pończoszki, pomadka od Maxa Factora, papierosek w szklanej „fifce”).
„Lafiryndy”. 40 do 50 (kostium, trwała ondulacja, dieta, futro).
„Foki”. 50 w górę. (siatka na kapustę, wygodne półbuty, tabletki na cholesterol, wydatki na dentystę).
Jak z powyższego widać, w czasach tych dowcipnych panów zjawisko „cougara” nie było jeszcze tak powszechne jak dzisiaj. Ja do tej tabelki, na podstawie własnych obserwacji, dopisałabym jeszcze jedną kategorię. To… „Dzidzia-piernik”. Ale o niej będzie następnym razem. Tymczasem moja Jenny znów mnie w pracy odwiedziła. Chciała kupić dobry krem przeciwzmarszczkowy i pogadać. Była ze swoim „gigolo” na Florydzie. Cudownie się tam czuli. I nikt jej nie pytał, czy jest tu na urlopie… ze swoim synkiem?
Ewa Śliwowska - Kwaśniewska

Budyń z chia z musem z mango i męczennicy
Jako przyszły dietetyk proponuję dbanie o urodę i młody wygląd nie tylko od zewnątrz, ale również od wewnątrz. Jedzcie kochane panie nasiona szałwii hiszpańskiej (chia), które są bogatym źródłem kwasów omega-3, witamin, składników mineralnych w tym wapnia, magnezu, fosforu, ale też białka, egzopolisacharydów i błonnika. Nasiona te bardzo chłoną wodę i tworzą żel dzięki polisacharydom, można ich zjeść około 3 łyżeczek dziennie. Chia zaliczane są do tzw. super food, czyli żywności korzystnie wpływającej na nasze zdrowie, nadającej produktom spożywczym cechy żywności funkcjonalnej i prozdrowotnej.
Aby przygotować pyszny składnik śniadania, albo zdrowy deser potrzebujemy:
puszkę mleka kokosowego najlepiej light, w mojej opinii zwykłe jest zbyt ciężkie i mało fit
8 łyżek nasion chia
duże mango najlepsze jest z serii Tesco Finest
3 owoce męczennicy (znanej również jako marakuja, passiflora lub passion fruit) lub 1 owoc limonki do nadania kwasowości
Mleko kokosowe mocno podgrzewamy i do gorącego dodajemy nasiona szałwii hiszpańskiej, mieszamy i rozlewamy do małych szklanych pojemników lub szklanek literatek. Z mango i limonki przygotowujemy mus i wlewamy go na wierzch budyniu. Jeśli mamy owoce męczennicy to wybieramy je łyżeczką i dodajemy do zmiksowanego mango i już nie miksujemy.
Asia


P.S. Hmm – czyżby czas na futro? W tej pogoni za młodością najbardziej odpowiada mi jednak styl Sophii Loren – czego nam (i naszym mężom) życzę.
Gosia

czwartek, 25 lutego 2016

Żołnierze Wyklęci


Zbliżamy się do ważnej w kalendarzu polskich wydarzeń daty. 1 marca ustanowiono Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Dla mnie osobiście to szczególny dzień. Do Żołnierzy Wyklętych zalicza się też i mój ojciec. I choć nie będzie pewnie zadowolony, że go tutaj wspominam (bo w ogóle nie lubi żeby o nim mówić) zrobię to, bo nareszcie mi wolno! Jawnie, swobodnie i bezkarnie. Zmieniła się moja ojczyzna. Jest moja! Kiedy się w niej w latach 50-tych urodziłam sprawy miały się przecież inaczej. Wyrastałam w atmosferze domu, w którym stale była jakaś tajemnica. Przyciszone głosy, zamykane okna, podkręcanie radia, żeby głośniej grało, zakaz rozmawiania na balkonie, przeganianie mnie na podwórko „idź się pobawić”, kiedy toczyły się jakieś ważne rozmowy. I niby życie naszej trzyosobowej, małej rodziny szło jak tysiącom innych polskich rodzin, mozolnie wydeptywaną PRL-owską koleiną, niby było „normalnie”, ale coś zawsze wisiało w powietrzu.

Tym „czymś” była przeszłość taty. Pojawiały się słowa: AK, Kampinos, rewizja, aresztowanie, proces, Rakowiecka, Mokotów, Rawicz, widzenia, cela, ale były dla mnie taką samą tajemnicą jak matematyczne równanie z trzema niewiadomymi. No i wszystko to przecież było „kiedyś”. A teraz trwało sielsko-anielskie dzieciństwo, z wyjazdami na wakacje do Rabki, bieganiem po podwórku z piłką i skakanką i mamą śpiewającą kołysanki o złotowłosej królewnie. Rodzice rozpostarli nade mną ochronny parasol. Nieprzepuszczalny.

Ojciec dręczony przeze mnie dziecięcymi pytaniami „opowiedz jak byłeś na wojnie”, „a ilu Niemców zabiłeś?”, „a nie bałeś się spać w lesie?”, niezmiennie odpowiadał to samo: „nie piłuj!” I zmieniał temat. To wiele lat później, od mamy, dowiadywałam się o jego aresztowaniu, haniebnym procesie, o Mokotowie i Rawiczu, o strasznych widzeniach, kiedy kobiety krzyczały, aby mężowie je mogli usłyszeć i wreszcie nie słyszał nikt niczego. I o samotności i strachu mamy, pozbawionej męża trzy miesiące po ślubie.

Ojciec milczał. I właściwie dopiero od paru lat, kiedy czasu już coraz mniej, tata niechętnie, ale jednak, daje się namówić na „te” rozmowy. Kiedy przyjeżdżają do nas do Londynu wracamy do wspomnień i jak zawsze nie możemy potem spać. Nareszcie dowiaduję się z kim siedział w jednej celi, a o kim wiedział z informacji krążących po więzieniu na Mokotowie. Kto był tam z nim w tym samym czasie, a kto przyszedł później. Kto przeżył a kto nie. Wszyscy to byli ludzie wielkiego kalibru. Niezłomni i nieugięci patrioci. Wielu z nich przeszło do historii. Gen. Bryg. August Emil Fieldorf „Nil” (stracony), mjr. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” (stracony – skazany na osiemnastokrotną karę śmierci), rtm. Witold Pilecki (stracony), płk. (pośmiertnie generał) Aleksander Krzyżanowski „Wilk” (zmarł w więzieniu w 1951 roku), działacz narodowy Adam Doboszyński (stracony), płk. Antoni Olechnowicz „Pohorecki” (stracony), por. Henryk Borowski z Wileńskiej AK i WiN (stracony), por. Hieronim Degutowski „Zapora” (stracony, planował ucieczkę z Mokotowa), Władysław Bartoszewski (działacz „Żegoty”), ksiądz Zator-Przetocki, który dla wtajemniczonych, w kącie celi odprawiał Msze Święte pod pretekstem cichej tam rozmowy, Józef Batory (stracony) z IV Komendy WiN-u, Wojewoda Poleski Kostek Biernacki, już wówczas staruszek, legionista.

Doborowego towarzystwa dopełniał hrabia Jan Zamoyski, ostatni ordynat, który w więzieniu siedział po wojnie 7 lat. Warto dodać, że w celi przeznaczonej dla 20 osób, siedziało… 90 mężczyzn! Słowo „siedziało” w tym kontekście jest niezamierzonym szyderstwem. Warunki były straszne. W nocy więźniowie, aby jakoś móc spać, przewracali się na drugi bok „na komendę”.

W powojennej Polsce do 1955 roku wykonano w całym Kraju 4500 kar śmierci. W latach 1944 – 1956 tylko na Mokotowie śmierć poniosło ponad 1000 osób, w więzieniu we Wronkach – 219, w Rawiczu – 211. Kilkaset osób stracono w Białymstoku, Gdańsku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Rzeszowie i Wrocławiu. Lista stale jest otwarta, a miejsca pochówku większości polskich patriotów do dziś nie udało się odnaleźć. Na Wojskowych Powązkach w Warszawie, znajduje się pomnik poświęcony pamięci ofiarom ubeckich mordów - sławetna „Łączka”. To między innymi tutaj zwożono pomordowanych więźniów… w papierowych workach! Chowano ich w samej bieliźnie lub nago, rzadko w pełnym ubraniu. Przed zakopaniem polewano zwłoki wapnem lub żrącym płynem. Zrzucano ciała po kilka na raz, niwelowano teren, nie pozostawiając żadnych śladów umożliwiających kiedyś ich odnalezienie. Do dziś, w nocnych koszmarach tych, którzy ocaleli, powraca dźwięk wózka ciągniętego przez więzienny dziedziniec. Przez zawsze tylko jednego konika. To na takim wózku, obitym blachą, przypominającym te do transportu pieczywa, wywożono potajemnie więźniów, na których dokonano najhaniebniejszej zbrodni. Oprócz powązkowskiej „Łączki” badacze wymieniają i inne miejsca – Las Kabacki, Pola Mokotowskie, Fosy na Okęciu i Dolinkę Służewiecką. To o niej Tadeusz Porayski, więzień Mokotowa napisał:


Przechodniu! Odkryj głowę! Wstrzymaj krok na chwilę!
Tu każda grudka ziemi krwią męczeńską broczy,
Tu jest Służewiec, to są polskie Termopile,
Tu leżą ci, co chcieli bój do końca stoczyć.


Nie odprowadzał nas tutaj kondukt pogrzebowy,
Nikt nie miał honorowej salwy ani wieńca.
W mokotowskim więzieniu krótki strzał w tył głowy,
A potem mały kucyk wiózł nas do Służewca.


Nie szedł tutaj za nami żaden ksiądz z modłami,
Nie żegnała nas marszem żałobna kapela.
I tylko gwiazdy mówią nam, że Bóg jest z nami
I wiatr nam szumi: Jeszcze Polska nie zginęła!


Z Jej imieniem na ustach zwyciężyć lub zginąć
Szliśmy w oddziałach Wilka i murach Starówki,
Pod Narwik, pod Tobruk, pod Monte Cassino,
By w tym piasku kres znaleźć żołnierskiej wędrówki.


Nikt na naszym pogrzebie nie wygłaszał mowy,
Nikt nam nad grobem zasług naszych nie wspominał.
W korytarzu więziennym był sąd kapturowy,
A wyrok odczytali siepacze Stalina.


Nikt nam imion nie wyrył na płytach z marmuru
Pozostały po nas tylko na ścianach napisy
W celach, które patrzyły na nasze tortury
I wspomnienia wyryte w sercach towarzyszy.


I pozostał po nas w murach mokotowskiej kaźni
Duch, który krzepić będzie serca naszych braci
I da im siłę – śmierci w twarz spojrzeć odważnie,
Bo za wolność i życiem nie szkoda zapłacić.


Niech żyje wolna Polska! takeśmy wołali,
Gdy nas wyprowadzano ostatni raz z celi.
Obyście tej wolności, bracia, doczekali,
Której już nam nie będzie dane z wami dzielić.


Ale gdy tylko prysną niewoli kajdany,
Kiedy się skończy pasmo stalinowskich zbrodni,
Przyjdźcie tu do nas, towarzysze z Mokotowa,
I krzyknijcie nam: „Bracia, już jesteśmy wolni!”.




1 marca ustanowiono Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jest to także dzień hańby ich oprawców. Data upamiętnia wykonanie w 1951 roku kary śmierci na płk. Łukaszu Cieplińskim i pozostałych członkach IV Zarządu Organizacji Wolność i Niezawisłość.



Mój ojciec, Piotr Śliwowski (pseudonim „Orkan”, zgrupowanie Kampinos) żyje. Ma 92 lat. Mieszkał w Łodzi, u zbiegu ulic Sojczyńskiego „Warszyca” i Organizacji WiN! (dobry był to dla niego adres!) Od dwóch lat mieszka z nami w Londynie.



Ewa Śliwowska - Kwaśniewska