poniedziałek, 21 grudnia 2015

Dotlenić karpia


O karpiu już kiedyś było, mąż zawyrokował, widząc na biurku „chwytliwy tytuł” na świąteczny felieton. Może i było, ale kawały też Ci opowiadam po sto razy i za każdym razem się śmiejesz. Mam rację? Masz! No to posłuchaj.

Były siermiężne lata sześćdziesiąte i to właśnie wtedy mieliśmy w Kraju najlepsze „siatkarki” na świecie. Wszystkie polskie kobiety wyciągały sobie ręce do kolan, dźwigając siaty z czym się dało, albo co się im udało gdzieś upolować. A to „rzucili” gdzieś cytryny, a to papier toaletowy, cukier, mydło, puszki z konserwą turystyczną, majtki, pasztetówkę, no i oczywiście na Święta – karpie! Po karpie szło się albo „do rybnego”, albo na Bałucki rynek, albo do tak zwanego PGR-u, czyli Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Tam, po odstaniu paru godzin w gigantycznym ogonku, zawijano nam upragnioną wigilijną rybę w… gazetę. Zazwyczaj Trybunę Ludu lub Dziennik Łódzki. Miłosiernie zostawiano rybią głowę i ogon na wierzchu. Nieszczęsne stworzenie natychmiast wysuwało różowe usta przez dziurkę w sznurkowej siatce, z drugiej klapało ogonem i tak „maszerowało” do domu, mijając dziesiątki innych karpi, podobnie „upolowanych” przez dzielne Matki Polki.

W domu nalewało się wodę do wanny i czym prędzej oskrobywało rybę z przyklejonej do niej gazety, przy okazji dowiadując się o kolejnych sukcesach gospodarczych, wynikających z upragnionego sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Ledwie zipiący karp wpuszczany był do wody, aby tam ożyć i przez parę dni stać się pupilkiem każdego polskiego dziecka. Po pierwsze karmiło się go… bułką! I jadł! Po drugie głaskało po oślizgłej głowie, co bardzo lubił, łypiąc okiem spod kranu. Po trzecie dolewało mu się wodę, robiąc bąble, żeby mu było weselej i zdrowiej. Tlenu w chlorowanej wodzie miał z upływem dni coraz mniej! Dolewanie wody powodowało u karpia ogromne zdenerwowanie. Lała się ona z hukiem, karp szalał, wyskakiwał nad wannę, spadał na posadzkę, wślizgiwał się pod szafkę. Oj, ciężki był, ciężki jego los, a koniec niestety żałosny.

Któregoś dnia, kiedy mama udała się na kolejne świąteczne polowanie po sklepach, ojciec stwierdził, że z karpiem coś jest kiepsko. Leży mianowicie na boku, a to zły znak. Nie może tak leżeć, bo do Wigilii jeszcze parę dni, a karp ma być żywy i „świeży”! Bez radykalnej pomocy długo nie pociągnie. Pamiętam, że zaczęłam żałośnie zawodzić – mój karpik kochany! Umiera! Tata, ratuj go! Ojciec inżynier, umysł ścisły, zbadawszy nieszczęśnika, orzekł, że koniecznie trzeba go dotlenić. Ba! Ale jak?! Robienie ręką bąbli w wannie już nie wystarczało. Trzeba było sięgnąć po środki, że tak powiem… przemysłowe. Na dużą skalę.

Tata przezornie rozebrał się do kalesonów, wyjął ze schowka odkurzacz, zamontował w nim rurę „na odwyrtkę”, czyli nie na ssanie, a na dmuchanie, rurę włożył do wanny i włączył przycisk. Kochani Czytelnicy. Co to się działo! Istne pandemonium! Wybuch wulkanu podwodnego to pestka! Odkurzacz ryczał, woda chlustała pod sufit, zalewając łazienkę, karp unoszony na fali to wznosił się to opadał, próbował się biedak salwować ucieczką, na nic się to jednak nie zdało. Wiadomy jest bowiem koniec każdego wigilijnego karpia. „Dotleniony”, ale potężnie zestresowany przeprowadzaną na nim reanimacją, wylądował wreszcie na patelni. Tyle, że nikt go potem nie mógł zjeść! Jak tu bowiem zjeść dokarmianego bułką przyjaciela?!

Od tamtej pamiętnej Wigilii muszę powiedzieć, że „karp mnie nie bierze”. No, chyba, że zrobiony przez mamę w galarecie, z chrzanikiem… albo jeszcze lepiej z sosem tatarskim… no ewentualnie z migdałami na słodko. Aaa, to co innego!
Ewa Śliwowska - Kwaśniewska




Karp w szarym sosie

Karp ok. 1,2kg – (lepsze dwa mniejsze przy większym apetycie niż jeden duży bo zazwyczaj mniej mułowaty mają aromat)
2 cebule
4 goździki
marchewki, seler korzenny, pietruszka
10 ziaren pieprzu
5 ziaren ziela angielskiego
liść laurowy
2 łyżeczki imbiru w proszku, lub kawałek kłącza
kilka pręcików szafranu (opcjonalnie – im więcej tym cudniejszy kolor i intensywniejszy aromat)
sól

Karpia oskrobać, sprawić, odciąć głowę i ogon. Jak ktoś potrafi może wyjąć płetwy zagłębiając nóż wzdłuż ich krawędzi i wydobywając ości na których są umocowane.
Pokroić w „dzwonka” (wersja tradycyjnie polska) lub na małe fileciki (to mi bardziej przypomina Węgrów).
Z głowy usunąć „ząb żółciowy” (nauczył mnie tego węgierski kolega – rybak, a oni są specjalistami w przyrządzaniu ryb słodkowodnych), bo inaczej wywar będzie nieco gorzki. Ten ząb to taka wielokątna chrząstka położona w głębi pyska między skrzelami – dostępna z tyłu głowy.
Włoszczyznę posiekać w grube plastry; cebule w całości z wbitymi goździkami, dodać pieprz, ziele, liść, imbir, sól. Zalać ok. 1l wody i zagotować wywar. Do wrzątku wrzucić głowę, ogon i co jeszcze z ryby zostało (płetwy, szkielet). Gotować dowolnie długo. Odcedzić przez gęste sito. Opcjonalnie dodać szafran (który wcześniej można zalać odrobiną wrzątku).
W tak przygotowanym wywarze zanurzyć dzwonka lub filety karpia i gotować na niewielkim ogniu do czasu gdy mięso przestanie być surowe, ale jeszcze będzie twarde. Wydobyć łopatką lub łyżką cedzakową. Jeśli potrawę przyrządzamy na bieżąco – utrzymywać w cieple. Można jednak przygotować karpia zawczasu i odgrzać go jedynie w sosie. Jest to metoda ciekawsza, bo ryba po przeleżeniu pewnego czasu w sosie zyskuje jego aromat.
Część wywaru zużyjemy do sosu szarego. Jeżeli coś zostanie, można to zaserwować jako piękny bulion rybny.
2 łyżki masła
3 łyżki mąki
½l wywaru z gotowania karpia
1 łyżka cukru
szklanka czerwonego wina (opcjonalnie)
100g pierników bez polewy (np. katarzynki)
50 g migdałów (najlepiej w płatkach)
50 g rodzynków

Z masła i mąki sporządzić złotą zasmażkę. Rozcieńczyć ½l ostudzonego wywaru. Zagotować.
Cukier umieścić na suchej patelni i podgrzewać aż się stopi, a następnie uzyska jasnobrązową barwę. Zatrzymać proces karmelizacji dodając pół szklanki zimnej wody (ostrożnie – poparzenie gorącym cukrem jest niebezpieczne) i przelać do sosu.
Można dodać szklankę ciemnego czerwonego wina. Barwa ma znaczenie w tworzeniu końcowego efektu kolorystycznego. Wytrawność czy słodycz wina ma znaczenie mniejsze, bo na koniec i tak trzeba zbalansować smaki słodki i kwaśny.
Dodać tłuczone (jeśli czerstwe) lub tarte (na tarce do jarzyn) pierniki. Dodać płatki migdałów i rodzynki. Pogotować. Jeśli sos jest zbyt gęsty rozcieńczyć wywarem z ryby.
Dokwasić do smaku sokiem z połowy cytryny (lub więcej).
Zalać karpia sosem.
Jeśli karpie odgrzewamy w sosie następnego dnia może się okazać konieczna korekta kwasowości. Słodycz rodzynek narasta w sosie z czasem.
Smacznego.
Podwarszawski szwagier


sobota, 12 grudnia 2015

Pierniki Cioci Irenki


Po dłuższej nieobecności – no cóż czas pochłonęło mi szukanie i wdrażanie się w nowej pracy, a Asi zrobienie doktoratu (gratulacje!) – wracamy do bloga.

Dzisiaj umieszczamy artykuł Ewy Śliwowskiej – Kwaśniewskiej, łodzianki, od 1976 roku mieszkającej na Wyspach.

Ewa od lat pisze do Dziennika Polskiego i jest to dla nas zaszczyt i przyjemność, że dzieli się z nami swoimi felietonami, za co dziękujemy, a wszystkim Państwu życzymy miłej lektury.

A święta tuż, tuż, będzie więc świątecznie, czyli o piernikach.

Gosia


Pierniki Cioci Irenki
Nie wiem jakie mają czytelnicy wigilijne obyczaje, oprócz tych absolutnie wszechobecnych w każdym polskim domu (sianko pod obrusem, czekające przy stole puste miejsce, wypatrywanie gwiazdki). W moim domu są jeszcze: czarne suknie i perełki pod szyją, wytworne krawaty taty męża i zięcia, zupa grzybowa pachnąca Borami Tucholskimi, karp po żydowsku „zalatujący błotkiem”, jak mówi nasza córka (nie je!) i ryba po grecku, nie wiadomo dlaczego tradycyjnie polska. W wielu domach będzie pewnie barszcz z uszkami (u nas nie!), a może nawet zupa rybna lub migdałowa. U jednych będą „makiełki” u innych kutia, a jeszcze u kogoś po prostu „kluski z makiem”. My mamy „mak z wkładką”. Trzykrotnie mielony starą, przedpotopową maszynką, nasączony miodem i alkoholem (tylko troszeczkę!), obsypany orzeszkami, migdałami i rodzynkami, wreszcie przykryty kołderką z ubitej śmietany. Od lat nikt nie jest w stanie zjeść tego więcej niż parę łyżeczek. Nikt oprócz mojego męża, który pochłonie całą resztę (tak mniej więcej pół wiaderka). Na zakończenie kompot „z suszu” i pierniczki od Cioci Irenki ze Śląska.

Korzenne w samolocie
Powiedziałabym, że te pierniczki to jedna z ważniejszych tradycji w moim domu. Kultywowana od lat. I nie znająca granic. Najpierw Ciocia dzwoni, że już piecze. Potem dzwoni, że już je wysyła. Wreszcie dostajemy pokaźne pudło, wyścielone bibułkami, spod których wyzierają piernikowe gwiazdeczki z orzeszkiem, prostokąciki z cukrem pudrem, księżyce w pełni i w nowiu posypane wiórkami kokosowymi, na wierzchu piękne życzenia i… szyszki z polskiego lasu.
Przez całe lata przysyłała nam je do Łodzi. Teraz lecą ze Śląska aż do Londynu i w połowie grudnia rodzinnej tradycji staje się zadość. Dzwonimy, że doszły! I że właśnie nie wytrzymaliśmy i już jemy (choć do Wigilii jeszcze daleko).
Pierniki Cioci Irenki daleką drogę przebywają bezpiecznie dzięki swej suchości i twardości. I dużej zawartości przypraw korzennych. W zimnym i suchym miejscu mogłyby przetrwać nawet kilka miesięcy, ale u nas nie mają szansy. W drugi dzień Świąt wyjadamy już tylko okruszki.

Na depresję, na trawienie, na miłosne uniesienie
Piernik to tradycyjne ciasto miast hanzeatyckich. Kiedyś było wielkim luksusem. Korzenie i bakalie były przecież drogie. Z pierników słynęły Brema, Monachium, Norymberga, Amsterdam, Ostenda i Kłajpeda. A u nas Gdańsk i Toruń. W Toruniu wypiekano już w XVII wieku słynne Katarzynki, które uważano za tak samo wyśmienite, jak pierniki norymberskie. W niemieckim Szczecinie piekło się Stettiner Peperkoken, a w Czechach miastem piernika są Pardubice, niedaleko których wejść można do prawdziwej chatki z piernika (muzeum w Rabach).
W Polsce piernik przyjął się w połowie XVIII wieku. Był symbolem dobrobytu i wysokiego statusu społecznego. W tamtych czasach, a i długo potem, w skład wiana  panny młodej wchodziła faska ciasta piernikowego i… galaretowy wywar mięsny na rosół! Słowo piernik pochodzi od staropolskiego pierny, czyli pieprzny, choć pieprzem nazywano właściwie wszystkie egzotyczne i nieznane przyprawy. Docierały one na Stary Kontynent powolutku, po wojnach krzyżowych. W naszym kraju piernik znany był pod nazwą miodownik i było to ciasto chlebowe na bazie mąki i miodu. Znano je już w XIII i XIV wieku. Ciekawostką jest, że takie ciasto dojrzewało przez lata w piwnicach. Przyrządzano je w dniu narodzin córki, a pieczono w dniu jej ślubu. Jeśli pannę młodą wydawano za… starego piernika (co wówczas zdarzało się nader często i nikogo nie dziwiło) – symbolika stawała się bardzo wyrazista. XV wieczne Kroniki mówią, że zakonnice w klasztorze w Vadstena, jadły pierniki dla poprawienia trawienia, a szwedzko-norwesko-duński król Hans, popadający często w depresję, zalecone miał w celach leczniczych spożywanie pierniczków. Pierwszy przepis na pierniki wcale zresztą nie znajdował się w książce kucharskiej, ale w poradniku medycznym.


Krakowska panna, gdańskie trzewiki…
Nasze toruńskie pierniki zapoczątkowała (jak wspomniałam wyżej) śliczna Katarzynka, córka młynarza. Miała ponoć na przyjazd króla przygotować wyśmienite przysmaki i to… pszczoły podpowiedziały jej, aby do chleba i ciasta dołożyła miodu. Król był zachwycony i od tej pory sławił toruńskie pierniki w całej Europie. Tyle legenda, ale faktem jest, że w zubożałym klasztorze Panien Cysterek na przedmieściu Torunia, zakonnice utrzymywały się z wypiekania pierników. Były tak pyszne, że eksportowano je do obcych krajów. Symeon Neisser, „piernikarz” zmarły na zarazę w 1564 roku zapoczątkował w XVI wieku wypiek „chleba miękkiego i niewarzonego”, zaś w 1751 roku Gustaw Wees otworzył najstarszą przemysłową manufakturę wyrabiającą pierniki. W pewnym sensie istnieje nieprzerwanie do dzisiaj. W XVIII wiecznym budynku jest teraz, co prawda oddział firmy ubezpieczeniowej Warta SA, ale w godzinach pracy biura można oglądać pomieszczenia fabryczne i stareńki, 200 letni piec! A ta sama firma pierniczki piecze już pod innym adresem.

A co mówią o piernikach nasze przysłowia? A to, że:
„Dla Torunia tym jest piernik, czym dla statku dobry sternik”.
To znów: „By na licu była gładka – daj jej piernik zamiast kwiatka”, lub znane: „krakowska panna, gdańskie trzewiki i toruńskie pierniki” – czyli to, co mamy najlepszego (według Jana Długosza).

A mnie się najbardziej podobają te wesołe:
„Jaki piernik – taka dziurka
Jaka matka – taka córka”.
I piernikowy wierszyk:
„Katarzynki! Katarzynki!
Przysmak chłopca i dziewczynki.
Najsmaczniejszy upominek
To paczuszka katarzynek.
Młody, stary, duży, mały
Zna ten specjał nad specjały.
Sam król pono łyka ślinkę
Gdy zobaczy katarzynkę”.

Życzę więc czytelnikom słodkich, korzennych i aromatycznych Świąt! I jedzcie na zdrowie!
Ewa Śliwowska - Kwaśniewska



Piernik przekładany śliwkowymi powidłami

1 szkl. miodu
1 szkl. cukru
4 jaja
4 szkl. mąki (najlepiej pół pszennej pół żytniej)
czubata łyżka masła
łyżeczka sody oczyszczonej
3/4 szklani kwaśnej śmietany
pół paczki rodzynek
opakowanie migdałów siekanych
opakowanie przyprawy do piernika

Do przełożenia:
1,5 słoika powideł śliwkowych
2 łyżki rumu

Polewa:
czekolada deserowa, lub kuwertura do deserów
pokruszone orzechy włoskie
kandyzowana skórka pomarańczowa

Rozpuścić miód i ostudzić. Z 2 łyżek cukru zrobić karmel i rozprowadzić go w około 1/3 szklanki mocnej esencji herbacianej. Jaja utrzeć z cukrem i masłem, dodać miód i przyprawy, mąkę wymieszaną z sodą. Na końcu dodać śmietanę i karmel. Wymieszać. Upiec w piekarniku nagrzanym do 160°C ok. 50 min. Dwa dni przed planowanym jedzeniem przełożyć powidłami śliwkowymi wymieszanymi z rumem. Polać czekoladą i udekorować bakaliami.



piątek, 3 kwietnia 2015

- Liczby, liczby, liczby…

- odpowiedziałby duński książę uprzejmie zagadnięty przez Poloniusza co czyta, gdyby zrządzeniem Opatrzności, lub przez własną nieostrożność zabłąkał się dziś na naszego bloga.
Tu na marginesie (szkoda, że nie potrafię tak właśnie złamać tekstu, żeby ta uwaga rzeczywiście wylądowała na marginesie) warto byłoby zastanowić się nad oczywistym resentymentem antypolskim Szekspira. Nie dość, że nas marginalizuje, umieszczając jedynie w Hamlecie, to jeszcze dodatkowo zawsze w jakimś negatywnym kontekście (Pollax, przeciwko którym maszerują wojska Fortynbrasa). Zastanawiające, czy sprawcy śmiertelnego zatrucia Litwinienki (i pewnej liczby postronnych osób) polonem inspirowali się twórczością angielskiego dramaturga, czy też może zbiegiem źródłosłowów…
Wróćmy jednak do liczb, dla których bezpośrednim przyczynkiem jest nadciągający dzień 14 miesiąca nisan, czyli czas na rozpoczęcie obchodów żydowskiej Paschy. (Pytanie do czytelników: jeżeli osoba wierząca w magiczną moc liczb to numerolog, to jak z rzymsko-greckiego źródłosłowu wyprowadzić nazwę tego, który wierzy w magię słów? nomenolog? – wdzięczny będę za pomoc) Miesiące w kalendarzu hebrajskim są księżycowe. Nam po tym sposobie liczenia czasu pozostała jedynie archaiczna nazwa księżyca (miesiąc) i długość miesięcy w obliczaniu ciąży. Pascha natomiast jest świętem wiosennym. I tu napotykamy pierwszą trudność. W roku słonecznym mieści się nieco ponad 12 miesięcy księżycowych. Stąd rok rocznie Pascha będzie nam uciekać w dwunastomiesięcznym kalendarzu księżycowym w kierunku zimy. By do tego nie dopuścić, nasi starsi bracia w wierze jeszcze w pierwszych wiekach naszej ery dokonywali oględzin postępów wiosennej przyrody, i gdy święto wypadało zbyt wcześnie, dorzucali dodatkowy – trzynasty miesiąc. Patrząc na niespójność zjawisk za oknem z naszymi wyobrażeniami na temat pór roku, odejście od tego zwyczaju na rzecz określania wiosny astronomicznie nie jest być może najszczęśliwszym rozwiązaniem.
Najprostszym sposobem oznaczania właściwego czasu na Wielkanoc – praktykowanym w pierwszych wiekach - było zapytanie żydowskich sąsiadów o aktualną datę w ich kalendarzu. Sprawa zaczęła się komplikować wraz z ekspansją obu wspólnot na całe terytorium cesarstwa rzymskiego. Przy ograniczonej wydolności ówczesnych środków telekomunikacji (listy mogły podróżować wiele tygodni), musiało to prowadzić w sposób nieunikniony do różnic w dacie obchodzenia święta w różnych zakątkach imperium. Stąd też w mniej więcej tym samym czasie (w IV wieku naszej ery) podjęto niezależnie od siebie próby skoordynowania daty obchodów Paschy z pierwszym dniem wiosny (czyli astronomicznie „równonocą wiosenną”).
W kalendarzu żydowskim efektem tych wysiłków było stworzenie ciągu dwunasto i trzynastomiesięcznych lat (przypominającego zmiennością rozłożenie czarnych i białych klawiszy o wieki późniejszego fortepianu). W kalendarzu juliańskim (obowiązującym w całym imperium rzymskim), na mocy decyzji soboru w Nicei (tej na terenie dzisiejszej Turcji, a nie południowej Francji) postanowiono obchodzić pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Jak się łatwo domyślić daty Paschy w obu kalendarzach rozbiegły się skutecznie.
Z upływam czasu uwidaczniała się coraz bardziej drobna nieścisłość nadwornego astronoma Juliusza Cezara (introduktora kalendarza juliańskiego). Okazało się, że rok słoneczny ma nieco mniej niż 365 i ćwierć doby i co 128 lat rok kalendarzowy opóźniał się o dobę w stosunku do obserwowanych zjawisk astronomicznych: przesileń i równonocy. Stąd reforma wprowadzona przez Grzegorza XIII, który podobnie jak Juliusz Cezar nie był z zawodu astronomem. I tu dochodzimy do prastarej dyskusji o wyższości Świąt Wielkanocy nad Świętami Bożego Narodzenia. Komisja powołana przez papieża „cofnęła” kalendarz do stanu z soboru nicejskiego (t.j. do pierwszego dnia wiosny 21 marca), choć mogła przywrócić Boże Narodzenie pierwszego dnia zimy (co moim zdaniem byłoby dużo bardziej korzystne, bo powiązanie Paschy z początkiem wiosny jest dzięki cykliczności księżyca i tak dość luźne).
Ponieważ nie wszystkie kościoły zechciały użyć korekty proponowanej przez biskupa rzymskiego, pojawiła się kolejna fala rozbieżności, której skutkiem osoba o wystarczająco rozległych znajomościach w różnych wspólnotach religijnych może przy korzystnym zbiegu okoliczności świętować Paschę trzykrotnie tego samego roku.
By dać chwilę oddechu naszym humanistycznym czytelnikom, rozważania o konsekwencjach ruchomej Wielkanocy odłożę do przyszłego roku. Niezależnie zaś od daty obchodów trudno wyobrazić sobie polską Wielkanoc bez tradycyjnego żuru, a spoglądając przez okno na śnieżno-deszczowe chmury nadciągające z obszarów zasadniczo prawosławnej Rosji, która Wielkanoc w tym roku obchodzić będzie tydzień później niż katolicka część Polski, gorąca i pożywna zupa może być nam konieczna by te święta przetrwać w dobrym zdrowiu.
Kurier Podwarszawski

 

Żurek na prawdziwkach
Składniki:
6 białych surowych kiełbas
Zakwas na żurek 0,5 litra
0,5 kg mrożonych prawdziwków
2 liście laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
6 ziaren pieprzu
Słodka śmietanka

Białą kiełbasę, razem z przyprawami zalać 2,5 litra wody i ugotować, ale nie gotować zbyt długo, właściwie białą kiełbasę powinno się parzyć. Następnie kiełbasę i liście laurowe oraz ziele wyjąć z wywaru i dodać mrożone prawdziwki, gotować około 10 minut. Zupę zmiksować i dodać do niej zakwas na żurek (dodawać według własnego smaku, nie musi być całe 0,5 litra), zagotować, potem dodać pokrojoną w talarki białą kiełbasę i doprawić wedle uznania słodką śmietanką.

Smacznego!

poniedziałek, 9 marca 2015

Wiosna, Wiosna, Wiosna !!!

W Anglii zwiastuny wiosny pojawiają się już w lutym, choć wyjątkowo w tym roku było zimno. W normalnych jednak warunkach, kiedy w Polsce jest przedwiośnie to tu jest już wiosna pełną parą.
Jak wiosna to oczywiście żonkile, tulipany, hiacynty i krokusy. Wiosenne kwiaty kolorami swoimi upiększają nam domy. Budzimy się do życia, słońce dłużej świeci, dzień zaprasza na spacery. Nie ma nic lepszego nad ruch na świeżym powietrzu. Aby jednak ten spacer miał pozytywny czynnik rzeźbiący ciało (wszak po zimie odwrotnie niż u zwierząt zmagazynowały się nam zapasy), polecam energiczny marsz z kijami, czyli inaczej Nordic Walking.
Nordic Walking to sport zapoczątkowany w Finlandii, jako trening narciarzy biegowych, którzy chcąc nie wypaść z formy latem trenowali maszerując bez nart z samymi kijami. Mało jeszcze popularny w Anglii, no przynajmniej ja takich maszerujących tu jeszcze nie spotkałam. W Polsce natomiast chodzą i seniorzy i juniorzy, bo to przyjemny sport, który nie obciąża stawów tak jak bieganie, i dla kręgosłupa jest zdrowszy. Podczas tego sportu pracuje aż 90% mięśni całego ciała, dla porównania przy bieganiu 60%. Pracują mięsnie kończyn dolnych i górnych, a także tułowia barku ramion i brzucha. Spala się też więcej kalorii, bo aż 400 kcal na godzinę, podczas gdy przy zwykłym chodzeniu spala się 280 kcal.
Można tak chodzić ile dusza zapragnie, gdyż jest to przyjemność i dla ciała i ducha. Człowiek się dotlenia i poziom szczęścia wzrasta. Aktywność fizyczna jest naturalnym antydepresantem, podnosi hormony szczęścia, czyli endorfiny, serotoninę i dopaminę.
Wychodzę więc z pewną nieśmiałością, do mojego pobliskiego parku, wszak wszędzie dookoła albo spacerujący „normalnie”, albo biegający studenci - a tu nagle dziwne zjawisko z kijami, w dodatku, już trochę wiosen przeżyło! Trudno. Maszeruję z kijami, wdycham wiosenne powietrze, podziwiam przyrodę, uśmiecham się do studentów i mówię witaj wiosno!
A za rogiem Wielkanoc. O wyższości świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia tu w Anglii bardzo trudno się wypowiedzieć. Jest po prostu wiosennie z bogactwem jaj czekoladowych. Angielskie słowo Easter najprawdopodobniej pochodzi od anglo-saksońskiej bogini wiosny i odrodzenia Eostre. Z Eostre łączone było jajo jako symbol odrodzenia, a także zające i króliki jako symbol płodności.
Kuchnia angielska na Wielkanoc znowu serwuje pieczyste na lunch, tylko, że tym razem jagnięcinę lub szynkę przy akompaniamencie jak zwykle pieczonych ziemniaków i warzyw. Jedynie deser się trochę różni, przynajmniej z zewnątrz, bo w środku to samo, czyli ciasto bogato-rodzynkowe. Easter Simnel Cake, bo o nim mowa jest charakterystyczny, dlatego, że zdobi się go 11 kuleczkami z marcepanu symbolizujących dobrych apostołów.
Jada się też Hot Cross Buns, czyli bułeczki z rodzynkami udekorowane krzyżem. Dawniej jedzone w Wielki Piątek, ale współcześnie tak jak i jajka można je kupić w sklepach już od stycznia. Nic więcej szczególnego w kulinariach Anglicy sobie na Wielkanoc nie wypracowali. Nie to co w Polsce! Tu dopiero jest rozmach! Ach te mazurki, baby, serniki, paschy – to tylko na słodko – a przecież jest jeszcze bogactwo dań mięsnych: szynki, kiełbasy, pasztety, dania z jajek, żurek, no i bigos – dobry na każdą okazję. Oj Polska Wielkanoc jest niesamowicie bogata. A mówi się, że Anglicy mają tradycje – no nie wiem – na pewno nie w świątecznej kuchni. 



Póki co podajemy przepis na angielskie tradycyjne wielkanocne drożdżowe bułeczki, do których koniecznie trzeba użyć mąki chlebowej. Jak zwykle sugerujemy zmieszać mąkę białą z razową, aby były zdrowsze.

Hot Cross Buns
Składniki:

200 ml mleka
60 ml wody
60 g masła
50 g cukru
1 jajko
14 g suszonych drożdży
450 g mąki chlebowej (można zmieszać z razową)
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka startej gałki muszkatołowej
1 łyżeczka zmieszanych przypraw mixed spice (anyż, cynamon, goździki, kminek, imbir)
80 g mieszanki suszonych owoców: rodzynki, żurawina, brzoskwinie, wiśnie, śliwki itp.
2 łyżki kandyzowanej skórki z cytrusów
2 łyżki mąki
Miód do glazury

Mleko i wodę podgrzewamy lekko na małym ogniu. Przelewamy do miski, dodajemy drożdże, odstawiamy. W garnku roztapiamy masło. Przesianą mąkę wsypujemy do dużej miski, dodajemy sól, przyprawy i cukier i mieszamy. Do mąki wlewamy roztopione masło, mleko z drożdżami i rozmieszane jajko. Mieszamy ciasto i wygniatamy ok. 10 minut na stole. Następnie przekładamy ciasto do miski, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia na ok. 1 godzinę.
Po godzinie dodajemy suszone bakalie i wygniatamy ponownie ciasto. Dzielimy ciasto na ok 20 kulek i układamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem. Przykrywamy ściereczką i pozostawiamy na 30 minut do wyrośnięcia.
W międzyczasie mieszamy 2 łyżki mąki z 2 łyżkami wody (lub więcej w zależności od gęstości ciasta) tak, aby uzyskać gęstą masę. Na bułeczkach robimy dekorację krzyżykami, nakładając ciasto łyżeczką.
Pieczemy w temp ok 190 C przez 15-20 minut na złotobrązowy kolor. Po upieczeniu przekładamy na kratkę do wystygnięcia i smarujemy cienką warstwą miodu płynnego.
Bułeczki jemy przekrojone i posmarowane masłem, najlepiej lekko ciepłe.


A wiosna przyszła pieszo.
Już kwiatki za nią spieszą,
Już trawy przed nią rosną
I szumią – Witaj wiosno.