niedziela, 25 stycznia 2015

Ci-i-cha noc, Bu-u-rnsa noc…

Celem wprowadzenia w klimat dzisiejszego święta słów parę od „podwarszawskiego kuriera”:


W Polsce z wolna sposobimy się do Gromnicznej i przymierzamy się do likwidacji wystroju choinkowego i zaprzestania śpiewu kolęd (o czym wcześniej wspominała szwagierka). Gdzieniegdzie w Irlandii wraca mroczna pamięć Krwawej Niedzieli (tej o której śpiewali panowie z U2). W Szkocji natomiast (i to nie tylko w ultra-patriotycznym Highlandzie) wszyscy gotowi są rozpocząć świętowanie kolejnych urodzin Roberta Burnsa.
Robert Burns dla Szkotów jest kimś takim jak dla nas Mickiewicz, czy może raczej von Goethe dla Niemców… Celebracja natomiast jest ze wszech miar ciekawa i godna naśladowania. To nie tylko uczczenie urodzin wieszcza, lecz nade wszystko święto szkockości w każdym jej przejawie: od wierszy zaczynając, poprzez muzykę, taniec, strój, narodową kuchnię, na konsumpcji whisky kończąc.
Podobnie jak w Polsce, przy okazji Święta Niepodległości, również na wyspach, tradycje ulegają uwspólnieniu i przed 25 stycznia w wielu sklepach można nabyć haggisa, a nawet elementy tradycyjnego stroju. Korzystając z okazji szwagierka nabyła mi kilt w kratę koloru (powinienem raczej napisać „z tartanu” – co zawierałoby w sobie i materiał i wzór) black watch, więc od kolejnego sezonu będę mógł obchodzić Burns Night odpowiednio odziany.
To zadziwiające – krata w Szkocji podlega bardzo restrykcyjnym regułom. Dotyczy to nie tylko tradycyjnych tartanów właściwych dla poszczególnych klanów (tych zapewne nie tworzy się dziś zbyt wiele). Określone są barwy, których można używać oraz ich ilość we wzorze. Tradycyjnie używano tylko 8 kolorów, które dodatkowo mogły występować w odcieniu jasnym lub ciemnym. Stara szkoła wzornictwa twierdzi, że nie należy używać więcej niż 6 kolorów w jednym wzorze (kiedyś miało to znaczenie techniczne podczas dziania tkaniny, obecnie jest jedynie wymogiem odnoszącym się do czystości formy). Przy tak restrykcyjnym ograniczeniu, mając w pamięci regułę, że dwa tartany powinny być łatwo rozróżnialne z odległości kilku kroków, zadziwia mnie w jaki sposób zasoby oficjalnych rejestrów liczone są w tysiące.
Niedawno dowiedziałem się, że istnieje również tartan polski, stworzony jako wyraz przyjaźni szkocko–polskiej, by osoby o polskich korzeniach mogły również ubierać własne barwy.
http://www.internationaltartans.co.uk/#!The Polish Tartan
Jak jednak mógłby wyglądać Polski odpowiednik święta poezji narodowej? Zacząć się powinien pod pomnikiem wieszcza, lecz uwzględniając lokalną tradycję należałoby go spełnić raczej miodem litewskim, niż starką (ciekawe, co w analogicznej sytuacji piliby Niemcy: ryzlinga, piwo pszeniczne, czy może kirsch-wasser?).
Część artystyczną stanowić powinny ludowe melodie, czy to wykonane w formie „korzennej” (roots), która to forma zdobywa stale na popularności, czy w formach przetworzonych, jak u Chopina… Idiom ludowy jest chyba najbardziej charakterystyczny dla naszych kompozytorów – weźmy chociażby Panufnika, którego stulecie urodzin właśnie skończyliśmy obchodzić. (Panufnik to w ogóle wdzięczny temat - kompozytor Polski i Angielski, coś jak Joseph Conrad Korzeniowski – może trzeba będzie do tego tematu jeszcze wrócić?)
Co do poezji – nie ma wątpliwości: fragmenty „Pana Tadeusza”, a w szczególności fragment o gotowaniu bigosu. I tu gładko prześlizgujemy się w tematy kulinarne, gdzie bigos powinien by stanowić serce takiej uczty.
Więc czemu wysp tych nie ma? Bo 24 grudnia świętujemy urodziny jeszcze bardziej dla naszej kultury znaczące, a zarazem bardziej powszechne, niż urodziny Adama…
Podobieństwa pomiędzy nami i Szkotami są tak liczne, że nie sposób ich wszystkich wymienić w ramach jednego wpisu. Ograniczę się tylko do pary mniej oczywistych. Większość zamków przetrwało tylko w formie ruin (tyle że u nas wysadzali je Szwedzi, a w Szkocji Anglicy). Wrodzoną gospodarność w połączeniu z ograniczoną zamożnością złośliwi sąsiedzi zaczęli wyśmiewać i nazywać „przysłowiowym skąpstwem”. Dotyczy to zarówno Szkotów, jak i mieszkańców okolic Poznania.”
Dość jednak górnolotnych przemyśleń podwarszawskiego kuriera - czas na coś dla ciała. Haggis nie jest łatwo osiągalny po drugiej stronie kanału (który w Polsce nazywamy jego francuskim imieniem La Manche). Jeszcze nie dojrzałam, by podjąć się samodzielnego spreparowania żołądka faszerowanego podrobami i kaszą owsianą. A jeszcze mniej, by kogoś do tego zachęcać na blogu.
Jest jednak coś wzorcowo szkockiego, miłego polskiemu podniebieniu, o wdzięcznej nazwie cock-a-leekie (nazwa ta przypomina, że wpływy Normanów na wyspach nie ograniczały się tylko do Anglii). Zupa ta jest częstą pozycją w menu restauracji świętujących Robbie Burns Day.
W sprawie tej zupy niezawodna Asia wróciła we wspomnieniach do czasów swego pobytu w Inverness, gdzie rzeka Ness (wypływająca z jeziora <szk. loch> o tej samej nazwie) wpada do Zatoki Moray Firth.
Cock-a-leekie
Skaładniki:
1,2 – 1,5 kg kurczak
2 duże pory
1,5 – 2 l wody
2 liście laurowe
tymianek – pęczek świeżego lub łyżeczka suszonego
natka pietruszki
sól i pieprz do smaku
8 suszonych śliwek kalifornijskich
Kurczaka pokroić na części. Pory posiekać w paseczki. Umieścić w dużym garnku z pęczkami pietruszki i tymianku (można zapleść lub związać, żeby później było łatwiej je wydobyć). Zalać wrzątkiem. Dodać sól, pieprz, liście laurowe i gotować do miękkości.
Miękkiego kurczaka wyjąć z wywaru. Usunąć skórę i kości (zwolennicy kuchni dietetycznej mogą zdjąć skórę jeszcze przed gotowaniem), a mięso rozdrobnić widelcem i dodać do zupy razem ze śliwkami. Zagotować, uważając by nie rozgotować śliwek, bo zupa zrobi się zbyt słodka. W braku śliwek można użyć rodzynek, lecz zupa traci wtedy na charakterze. Niektórzy dodają młotkowany pieprz dopiero ze śliwkami, by uwydatnić jego aromat.

niedziela, 18 stycznia 2015

Five o'clock w Bristolu

Inspiracją, by zmierzyć się z wypiekiem sconów była wyprawa Asi z jej mężem na popołudniową herbatkę. Zanim więc przejdę do opisu moich piekarskich, czy może raczej cukierniczych dokonań, opis tego zdarzenia przytaczam w słowach własnych „podwarszawskiego kuriera”:

Jak znieść nieobecność wyspiarskiej części rodziny? Jak ukoić smutek i spacyfikować fale melancholii?
Prostym rozwiązaniem zdałoby się udać się na typowo brytyjską cream tea. Mieszkając pod Warszawą rozwiązaniem ekonomicznie uzasadnionym będzie jednak afternoon tea w Bristolu: cena podobna jak na wyspach, a odpadają koszty transportu w obie strony...
Hotel Bristol – gwiazda w hotelowym elementarzu Warszawy. Na początku bieżącego stulecia mój ówczesny szef wspominał zachwyty swego ojca, który w latach 20-tych XX wieku podróżował biznesowo z krajów bałtyckich do Warszawy i sypiał w Bristolu. Historia budynku jest jednak jeszcze starsza i sięga przełomu XIX i XX wieku. Jednym ze współzałożycieli był znany skądinąd Ignacy Paderewski. Lista słynnych gości hotelowych na złocistych tabliczkach zdobi ściany hotelu, więc jeśli będziecie kiedyś w Warszawie spędźcie tam chwilę, dając dyrekcji tego przybytku szansę wygrawerowania stosownej informacji w przyszłości, gdy już będziecie sławni.
Wróćmy jednak do herbaty. Podawana jest w tchnącej powiewem secesji sali kolumnowej. Wbrew dostojnej nazwie cekinokształtne oświetlenie rozproszone na ścianach pozwala na uzyskanie całkiem kameralnej, czy klubowej atmosfery. Piękne i wygodne sofy działają kojąco nie tylko na zmysł estetyki, lecz również na krzywizny kręgosłupa. Uprzejma obsługa dopełnia doskonałości wnętrza.
Wybór herbat nie przytłacza wielością, a jednocześnie pozwala na dobór czegoś odpowiedniego. Idąc tropem substytucji wizyty na wyspach, wzięliśmy czarną herbatę z upraw bio i oczywiście Darjeeling, który jest dla mnie wzorcem popołudniowej herbaty.
Chwilę później wjechała trzypiętrowa patera, tak charakterystyczna dla niektórych brytyjskich lokali. Na dole zestaw kanapek. I wbrew opiniom mojej szanownej szwagierki chleb tostowy nawet w formie nieopieczonej potrafi być atrakcyjny, jeśli zawartość sandwiczów (kto dziś pamięta, że lord Sandwich popierał wyprawę Jamesa Cooka?) jest dość czarująca. A ponieważ wewnątrz był plaster wołu z chrzanem, szynka z musztardą i łosoś ze śmietanką czy też odwrotnie, wrażenia były przednie.
Piętro wyżej tłoczyły się maleńki muffin, keks, lecz nade wszystko scony, a do nich prawdziwa, gęsta clotted creem (nie wiem jak ją zdobyli) i świetny truskawkowy dżem. Albo lemon curd przy którym brytyjskie oryginalne preservy mogą stanąć na zmywaku (jak go zrobili(?!), a zarazem tak wyspiarski, że lepszy od wzorca). Moja bezcukrowa dieta, której się trzymam rygorystycznie zawisła na chwilę na haku...
Kiedyśmy się wspięli na szczyt talerzowej góry, poza tartaletką z owocami powiało indywidualizmem Bristolu – czekolady: tort opera i czekoladowa pralina. Cudne, ale gdzie to zmieścić?

Wychodząc syci wrażeń postanowiliśmy odgrzebać sprawdzony przepis na scony, a żeby uspokoić nieco gastronomiczne sumienie, dodać trochę razowej mąki do tego nieprzyzwoicie białego pieczywa.

Scony
Składniki:
7 łyżek maślanki
225 g mąki pszennej
225 g mąki pszennej razowej
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
150 g masła
80 g cukru trzcinowego
2 duże jajka


Wymieszać mąki z proszkiem do pieczenia, solą i cukrem, następnie dodać miękkie masło i zagnieść jak na ciasto kruche. Do miseczki rozbić jajka i dodać maślankę, a potem razem dokładnie roztrzepać widelcem. Mieszaninę dodawać do mąki z cukrem i zagnieść ciasto. 
Jeśli ciasto wydaje się być za gęste dodać odrobinę maślanki, ciasto powinno być miękkie, ale nieklejące. Ciasto rozwałkować na grubość 2 cm i wykrawać za pomocą specjalnej foremki do sconów. Posmarować rozmąconym żółtkiem lub maślanką i piec 15-20 min w ok. 180°C.


wtorek, 6 stycznia 2015

Świąteczno-Noworoczny obiad

Święto Trzech Króli, uroczystość objawienia Pańskiego, dzień, kiedy Jezus objawia się światu pogańskiemu, Trzej Królowie oddają pokłon i cześć Synowi Bożemu. W Polsce mamy atmosferę w pełni świąteczną: Orszaki Trzech Króli, kolędy, jasełka i bale karnawałowe. Na wschodzie Prawosławni obchodzą swoją Wigilię, a w Wielkiej Brytanii świętowanie się na tym dniu kończy. Wszystkie dekoracje świąteczne znikają, Anglicy rozbierają swoje choinki. Za szybko… trochę szkoda. My choinkę przesuniemy w głąb domu, aby nie świeciła w oknie i dalej będziemy się świętami cieszyć. 

A pod Warszawą zjedzono świąteczny obiad z jelenia.
W dawnej Polsce polowania, jak i jedzenie dziczyzny były bardzo powszechne. Na szczęście obecnie rośnie dostępność mięsa dzikich zwierząt w naszych sklepach i delikatesach, czy na bio-bazarach. Mięso dzikich zwierząt jest bardzo zdrowe i charakteryzuje się statusem ekologicznym mimo braku certyfikacji, chociaż oczywiście może taką mieć nadaną. Tak zwana zwierzyna płowa, czyli jeleń i sarna żywi się kilkudziesięcioma gatunkami ziół i roślin, oddycha czystym leśnym powietrzem i pije krystaliczną wodę. Dzikie zwierzęta rosną powoli, bez sztucznych, zmodyfikowanych, często odpadowych składników paszowych, bez stosowania antybiotyków i innych stymulatorów wzrostu. Dziczyzna jest dobrze dotlenionym mięsem, mniej tłustym niż mięso zwierząt hodowlanych, charakteryzującym się bogatymi walorami smakowo-zapachowymi i wysoką wartością odżywczą, w szczególności wysoką zawartością żelaza oraz korzystnych dla naszego zdrowia kwasów omega-3. Polecana jest w diecie antycholesterolowej i odchudzającej.

Gulasz z jelenia na sposób burgundzki
z puree ziemniaczano-selerowym i gotowanym jarmużem
Składniki:
1 kg mięsa gulaszowego z jelenia
0,5 kg małych pieczarek lub mrożonych kurek
0,3 kg marchewki
3 spore cebule
0,3 litra czerwonego wina
0,25 kg wędzonego boczku
mąka do oprószenia mięsa
tymianek świeży (kilka gałązek) lub suszony
dwie gałązki świeżego rozmarynu
8 ziaren pieprzu zielonego
2 liście laurowe
sól
pieprz
klarowane masło

Boczek kroimy w kostkę i smażymy. Dodajemy posiekaną cebulę i szklimy. Następnie dodajemy mięso pokrojone w kostkę 2 na 2 (centymetry - przepis jest kontynentalny, więc miar nie podajemy w calach), oprószone mąką i również podsmażamy. Zawartość patelni przekładamy do naczynia do duszenia i dodajemy pokrojoną w talarki marchewkę. Podlewamy małą ilością wody, dodajemy przyprawy i dusimy przez kilka minut. Następnie gulasz zalewamy czerwonym winem i dalej dusimy. Na patelni rumienimy na klarowanym maśle pieczarki i dodajemy do naszego dania. Jeśli mamy kurki - dodajemy bez podsmażania po rozmrożeniu. Gulasz dusimy do miękkości. Czas gotowania zależy od rodzaju mięsa.
Danie to podajemy z puree ziemniaczano-selerowym. Proporcje selera do ziemniaków według mnie najlepiej kształtują się na poziomie 1 do 3. Ugotowane warzywa rozdrabniamy tłuczkiem z niewielką ilością mleka, śmietanki i masła.
Jako kolejny warzywny dodatek do dania można przygotować gotowany jarmuż - wracające w Polsce do łask warzywo kapustne, smaczne i zdrowe. Ważne by nie rozgotować liści, bo gałązki sprawiają wrażenie ciągle jeszcze twardych, aż w pewnym momencie wszystko gwałtownie mięknie.
W dawnej Polsce do potraw z dziczyzny pito węgrzyny, czyli wina ze Środkowej Europy, dzisiejszych Węgier, czy Rumunii. Zaproponowaliśmy gulasz z jelenia na sposób burgundzki, więc jeśli pod ręką nie mamy oryginalnego burgunda, do duszenia mięsa można zastosować jakieś inne wino ze szczepu Pinot Noir i potem również podać je do picia. Bardzo dobrze z potrawami z jelenia współgrają też wina z Piemontu (regionu bogatego w lasy i tradycje łowieckie), takie jak Barolo, czy Barbaresco. Równie dobrze do dziczyzny pasują wina ze szczepu Sangiovese – Chianti, czy Brunello di Montalcino. To ostatnie wypróbowaliśmy przy prezentowanym daniu.
Smacznego,

Asia i Gosia

środa, 31 grudnia 2014

Szczęśliwego Nowego Roku!

Dzisiaj ostatni dzień roku, czas podsumowań, refleksji, planów na nadchodzący Nowy Rok i oczywiście zabawy sylwestrowej. Wybieramy się do przyjaciół pod Londyn, zabieramy ze sobą szampana i przystawkę z ryby. Taka przystawka może zastąpić wigilijną rybę po grecku, albo stanowić smaczną i zdrową składową bufetu sylwestrowego. Efektowna i łatwa do wykonania!

Ryba po turecku zamiast po grecku
Składniki:
ok. 1 kg filetów z ryby morskiej np. dorsza lub łososia
4 papryki w różnych kolorach
2 duże cebule
1/2 kg pomidorów lub 2 puszki pomidorów w zalewie
słoik czarnych oliwek i pół słoika zielonych
oliwa do smażenia
2 ząbki czosnku
pęczek natki pietruszki
sól i pieprz


Filety rybne pokroić na kawałki, obtoczyć delikatnie w mące, usmażyć na oliwie i odsączyć nadmiar tłuszczu. Na oliwie usmażyć na szklisto posiekaną cebulę z pokrojoną w paski papryką, dodać przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku, a następnie pokrojone na kawałki, obrane ze skórki pomidory lub pomidory z puszki. 
Dusić przez chwilę, doprawić solą i pieprzem. Na końcu dodać odsączone oliwki i posiekaną natkę pietruszki. Rybę ułożyć na półmisku i przykryć gorącym sosem warzywnym. Pozostawić w chłodnym miejscu najlepiej 10 do 24 h przed podaniem.

Szczęśliwego Nowego Roku 2015!

Gosia i Asia

niedziela, 28 grudnia 2014

Sylwestrowe przegrzebkowe trio


Tak jak obiecałyśmy, przegrzebki się u nas pojawiają kolejny raz. Przegrzebek to jeden z rodzajów jadalnych małży nazywany inaczej małżem św. Jakuba. Nazwa ta wywodzi się ze średniowiecznej tradycji pielgrzymów podróżujących z różnych zakątków kontynentalnej Europy do sanktuarium Świętego Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela. Wracając do swoich stron ojczystych nieśli ze sobą muszle przegrzebków na świadectwo, że dotarli do miejsca, gdzie ziemia się kończy.
W średniowieczu istniała legenda, że św. Jakub, zwany Większym lub Starszym (brat Jana Ewangelisty), zanim został biskupem Jerozolimy udał się najpierw do Hiszpanii, żeby tam głosić Dobrą Nowinę. Według tej tradycji, gdy w VII wieku Palestynę opanowali Arabowie, relikwie św. Jakuba przeniesiono z Jerozolimy do Hiszpanii.
Wróćmy jednak do przegrzebków - występują one w północno-wschodnim Atlantyku – od północnej Norwegii, wzdłuż wybrzeży Europy po Afrykę Północną. Przegrzebek to biały małż z czerwonym koralem zamknięty w pięknej dekoracyjnej, muszli. Osiąga różne rozmiary, od 5 do 20 cm i w związku z tym różne ceny, im większe osobniki, tym są droższe. Obecnie ze względu na rosnące nim zainteresowanie wśród smakoszy bywa coraz częściej hodowany.
Mięso przegrzebków zawiera duże ilości żelaza, cynku i łatwo strawnego białka. Jest bardzo cenione w ekskluzywnej kuchni. Można je jeść na surowo, bądź po delikatnej obróbce termicznej. Z przegrzebkami należy obchodzić się bardzo delikatnie, zarówno jeśli chodzi o ich przyprawianie jak i smażenie, aby nie stracić ich subtelnego smaku.
Na Sylwestra proponujemy trio z przegrzebkami:
-    carpaccio z przegrzebków i suszonych pomidorów,
-    carpaccio z przegrzebków z kwaśną śmietaną, czarnym kawiorem i koperkiem,
-    oraz smażone przegrzebki na ciepło podane na zielonym groszku.

Na porcje dla jednej osoby potrzebujemy 6 średnich przegrzebków o średnicy około 1,5 cm. Najlepiej aby przegrzebki były w muszlach, bo wtedy możemy je w nich zaserwować. Muszle te można też używać wielokrotnie jako kokilki do zapiekania. Oczywiście możemy też kupić świeże przegrzebki bez muszli. 
Świeże małże musimy zamrozić i następnie częściowo rozmrożone pokroić na cienkie plastry. Przygotowujemy carpaccio: na muszlach lub małych podstawkach szklanych układamy plastry przegrzebków, a na nich pokrojone w cienkie paseczki suszone pomidory z zalewy; na kolejnych kwaśną śmietanę, czarny kawior i koperek.
Trzeci element naszego trio jest na ciepło: młody mrożony zielony groszek (najlepszy można kupić w Anglii lub w Polsce w sklepach znanej angielskiej sieci M&S), smażymy na maśle wymieszanym z oliwą z oliwek, lekko dusimy i doprawiamy odrobiną soli, pieprzu, czosnku granulowanego i świeżej mięty, trzymamy w cieple. Przegrzebki, po dwa na porcję, smażymy bardzo krótko (około półtora minuty z każdej strony gdy mamy świeże, lub około 3 minut z każdej strony jeśli stosujemy zamrożone) na klarowanym maśle. W muszlach układamy ciepły groszek, a na nim usmażone małże Św. Jakuba.
Według opisu może wydawać się to trudne, ale w realiach to bardzo prosta przystawka. Wystarczy dobrze popatrzeć na zdjęcia i poddać się natchnieniu.
Mnie zainspirował pobyt w Beaune - sercu Burgundii podczas konferencji winiarskiej. Skoro już o winach mowa, do tak podanych przegrzebków najlepiej pasuje burgundzkie wino Chablis lub Petite Chablis, albo szampan z Champagne.

Asia


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Opowieść wiktoriańska

Najpiękniejsze Święta Bożego Narodzenia są oczywiście w Polsce, a to ze względu na wyjątkowość naszej wieczerzy wigilijnej. To jednak nie przeszkadza mi w podziwianiu angielskich świątecznych tradycji i obyczajów. Według angielskiego zwyczaju świętowanie trwa tylko 12 dni. Po tym czasie, czyli po święcie Trzech Króli wszystkie świąteczne akcesoria muszą zniknąć aż do następnych świąt. Jak zostaną dłużej, może to przynieść pecha.
I może, dlatego że mają 12 dni, aby sobie ten czas wydłużyć świętują od początku grudnia. Sklepy już nawet w listopadzie zaczynają kampanię bożonarodzeniową, a często i wcześniej. Pamiętam jak wpadliśmy kiedyś z mężem w środku lata do Harrods’a a tam już była wystawiona przepiękna świąteczna kolekcja. Ale Harrods to Harrods, może sobie na taką ekstrawagancję pozwolić.
Uwielbiam w grudniu angielskie domy towarowe i ich świąteczny asortyment: specjalnie przygotowane prezenciki, przepiękne ozdoby, śliczne kartki, cudowne papiery do owijania prezentów, każdy sklep prześciga się w swojej kolekcji. Słynny dom towarowy Fortnum & Mason co roku zachwyca Londyńczyków bajeczną wystawą świąteczną. Pracują nad nią długie dni i każdy szczegół jest dopracowany do perfekcji. Otwarcie wystawy mające miejsce na początku listopada, to wielkie wydarzenie oczekiwane przez kilkusetosobowy tłum. Od tej chwili czuć święta.
Cały grudzień w Wielkiej Brytanii jest miesiącem świątecznych imprez i lunchów w pracy, jasełek w szkołach, świątecznych jarmarków, koncertów kolęd, spotkań z przyjaciółmi w pubach i restauracjach, jak również organizowania najróżniejszych świątecznych akcji charytatywnych.
Po tak intensywnym grudniu nawet i mi się już nie chce świąt w święta, bo się człowiek do właściwych świąt naświętował…
…a Polacy balują dalej, bo według polskich tradycji jest zupełnie odwrotnie. My dopiero zaczynamy.
Dzisiaj jednak będzie o angielskich świętach. Ich obecny kształt został ustalony za czasów królowej Wiktorii. Wcześniej Boże Narodzenie nie było aż tak znaczące i uroczyście obchodzone.

Wiktoria Hanowerska – królowa Wielkiej Brytanii, cesarzowa Indii, księżniczka hanowerska i brunszwicka urodziła się w roku 1819, a zmarła w 1901. Została królową mając osiemnaście lat i panowała przez długie 63 lata i 7 miesięcy. Do tej pory jest najdłużej panującym brytyjskim monarchą. Obecnie panująca królowa Elżbieta II w lutym 2015 roku będzie zasiadać na tronie 63 lata. Wiktoria to pra pra babcia Elżbiety II jak i jej małżonka księcia Edynburga.

Wiktoria zakochała się w niemieckim księciu, Albercie von Sachsen-Coburg-Gotha (z rodziny spokrewnionej z naszymi królami Augustem II Mocnym i Augustem III Sasem). Wiktoria i Albert byli kuzynami, gdyż jej matka i jego ojciec byli rodzeństwem. Królowa ze względu na swoją pozycję sama się oświadczyła Albertowi. Urodziło im się dziewięcioro dzieci. Babcią została już w wieku 39 lat. O Wiktorii mówi się, że była babcią Europy, gdyż wielu jej potomków weszło do europejskich rodzin królewskich. Najstarsza córka Wiktorii, również Wiktoria, wyszła za mąż za księcia Fryderyka Wilhelma Pruskiego. Rok później, księżniczka Wiktoria urodziła pierwszego wnuka królowej: Wilhelma, który został ostatnim cesarzem niemieckim.
Podczas Wielkiej Wojny, w Anglii zaczęły pojawiać się nastroje antyniemieckie. Rodowe nazwisko dynastii Sachsen-Coburg-Gotha zaczęło przysparzać kłopotów rodzinie królewskiej. W 1917 roku za panowania Georga V, wnuka Wiktorii - rodzina królewska zmieniła swoje nazwisko na Windsor, jednocześnie zrzekając się wszystkich niemieckich tytułów i godności. 

Książę Albert przyniósł z Niemiec do Anglii tradycję strojenia choinki. W 1848 roku w gazecie ukazał się rysunek rodziny królewskiej wokół choinki. Wkrótce każdy angielski dom miał na święta przystrojone drzewka.

W tym samym czasie brytyjski cukiernik, Tom Smith, zaczął sprzedawać zawinięte w papierki słodycze z żarcikami na karteczkach. Z czasem słodycze zostały zastąpione przez małe prezenty i dodano papierowe korony. Tak powstały Christmas crackers. Dzisiaj są obowiązkowym elementem świąt, praktycznie każdy sklep je sprzedaje, a rodzina królewska ma Christmas crackers specjalnie dla siebie projektowane co roku na święta.
Również obdarowywanie się prezentami, które wcześniej było w zwyczaju noworocznym, za czasów Wiktorii przesunęło się na Boże Narodzenie. W XVI wieku tradycje związane ze św. Mikołajem stały się bardzo niepopularne, ale dzięki pisarzom, poetom i artystom w epoce wiktoriańskiej Święty Mikołaj powrócił.

Wysyłanie kartek świątecznych także zostało zapoczątkowane w połowie XIX wieku. Pierwsze 1000 drukowanych kartek, wraz z wypisanymi życzeniami zostało wyprodukowane w Londynie w 1843 roku i szybo stały się bardzo popularne.
Dzisiejsi Anglicy to naród obdarowujący się hurtowo kartkami świątecznymi. Kartki dają nawet tym, których widzą codziennie. Można dzisiaj znaleźć kartki specjalnie drukowane dla męża, żony, córki, syna, mamy, taty, babci, wnuczki, ojczyma, przyjaciela, sąsiada, teściowej, a nawet… dla ukochanego psa, czy kota. Jeżeli chodzi o formę to są w niej wielcy, natomiast treść została bez zmian „Season’s greetings and a Happy New Year.”
Anglicy na święta głównie jedzą indyka z pieczonymi ziemniakami i warzywami, oraz słodkie desery mince pie, Christmas pudding i Christmas cake. Pieczony indyk ma swoje początki w wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii. Wcześniej pieczono inne mięsa takie jak gęsinę, czy wołowinę. Desery natomiast korzeniami swoimi sięgają nawet wieku XIII/XIV, choć w tamtych czasach nie były deserami.
Mince pie było kiedyś daniem robionym z mięsa z dodatkiem łoju, owoców i przypraw, takich jak cynamon, goździki i gałka muszkatołowa. W czasach wiktoriańskich zaczął się zmieniać w kierunku bardziej słodkiego dania. Dzisiaj z mielonego mięsa pozostała tylko nazwa, są to babeczki nadziewane słodką mieszanką bakalii z alkoholem.
Christmas pudding był robiony z wołowiny i baraniny z rodzynkami, porzeczkami, śliwkami, winem i przyprawami, przez lata przepis ewoluował, w czasach wiktoriańskich upodobnił się do tego, czym jest dzisiaj, czyli deserem świątecznym na bazie rodzynek i suszonych owoców macerowanych w alkoholach. Tradycją obecnej rodziny królewskiej jest dawanie na święta Christmas pudding całej królewskiej służbie.
Christmas cake wywodzi się ze śliwkowej owsianki. Ta sama owsianka dała również swoje początki Christmas pudding. Takie ciasto jedzono na Trzech Króli stąd również nazywało się ciastem 12-tej nocy. Z czasem ze spadkiem popularność tego święta ciasto pieczono na Boże Narodzenie. W epoce wiktoriańskiej zaczęto je dekorować w zimowe sceny. Dzisiaj jest to ciasto z dużą ilością bakalii głównie rodzynek z dodatkiem alkoholu wykończone marcepanem. W Szkocji natomiast jada się Dundee cake z mniejszą ilością suszonych owoców, z dodatkiem whisky, kandyzowanych skórek, wiśni, porzeczek i bez marcepanu.


Za panowania Wiktorii święta stały się czasem spędzanym z rodziną. I tak Anglicy po dziś dzień robią: jedzą świąteczny lunch z najbliższymi, obdarowują się prezentami i Christmas crakersami, zakładają papierowe korony na głowę i spędzają czas na wspólnych grach rodzinnych. Stałym punktem świąt jest również słuchanie bożonarodzeniowej przemowy królowej w telewizji.
Opowieść Wigilijna Charlesa Dickensa bardzo spopularyzowała zwyczaje świąteczne, pokazując ducha tworzących się wiktoriańskich Świąt Bożego Narodzenia, gdzie najważniejsze wartości to rodzina, miłość, dobro, dzielenie się i pomaganie innym. Tego ducha czuje się w Anglii do dziś.


Zamieszczamy przepis na popularny w Polsce i Niemczech keks. Aby nadać mu odrobinę wyspiarskiego charakteru, bakalie przed zrobieniem ciasta macerowane są w whisky. Ciasto takie jest fuzją pomiędzy polskim keksem, a szkockim tradycyjnym Dundee Cake. Takie ciasto jest bardzo trwałe i doczeka nawet Nowego Roku.

Keks bożonarodzeniowy
Składniki:
15 dag masła
5 jaj
20 dag cukru trzcinowego
30 dag maki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
wanilia (cukier lub ekstrakt)
30-40 dag różnych bakalii (rodzynki, migdały, morele suszone, skórka pomarańczy kandyzowana)
starta skórka z cytryny lub pomarańczy
5 łyżek whisky
całe migdały do dekoracji

Bakalie moczyć w whisky i potem je w tej whisky zagrzać. Utrzeć masło z cukrem i wanilią, dodawać do niego całe jajka i stopniowo dodawać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Na końcu dodać bakalie. Wyłożyć do foremki wysmarowanej tłuszczem i posypanej mąką. Udekorować całymi migdałami. Piec około 1 h i 15 min w temp 180°C.

A my życzymy Wszystkim czytelnikom po angielsku Merry Christmas and a Happy New Year.





wtorek, 9 grudnia 2014

Zgrzebne śledzie

I wreszcie on, srebrzystej wódki
(Koniecznie dużej, zimnej, czystej)
Najulubieńszy druh srebrzysty,
Kawior ubogich, ust pokusa,
Bezsenne noce Lukullusa,
 
Modły kartofli parujących,
W niebo podniebień dym wznoszących,
Brat mleczny żwawych rybich panien:
Marynowany śledź w śmietanie!

... Jest i w New Yorku ten specyjał
I wódkę-m już pod niego pijał,
Lecz wódka nie ta i śledź nie ten,
I nie ta aura nad bufetem.
 
I nie ja nawet... Mówiąc krótko:
Nam w Polsce, śledziu! w Polsce, wódko!
Tam sobie wami człek dogadzał,
Tam bufet był, jak Bóg przykazał!

Julian Tuwim - "Kwiaty polskie" (fragment)



Polacy śledzie kochają. Śledź jest w Polsce rybą niezwykle popularną, co jest odzwierciedlone w mnogości przepisów w polskiej kuchni i asortymencie na sklepowych półkach. Śledzie są obowiązkową pozycją menu na wszystkie okazje, jemy je w adwencie, na Wigilię, na Nowy Rok, w karnawale, w poście i na wszystkich imprezach typu u cioci na imieninach.
Według Hanny Szymanderskiej, autorki wielu książek kulinarnych podkreślających świetność kuchni polskiej, staropolskiej i naszych rodzimych kuchni regionalnych „W czasie panowania Piastów jadał w poście gmin śledzia, możniejsi ryby krajowe lepszych gatunków.” Śledzie należały do potraw tanich i pospolitych. 
Duńczycy po dziś dzień się szczycą, że zaopatrywali w śledzie pół katolickiej Europy (katolickiej ze względu na mnogość dni z nakazaną „wstrzemięźliwością od pokarmów mięsnych” – pamiętajmy, że nasi przodkowie często pościli przez cały okres wielkiego postu), a pomnik handlarki ryb w Kopenhadze przypomina na czym zbudowano potęgę tego miasta.
Zdjęcie: Jerrye & Roy Klotz MD
Dziś dietetycy podkreślają, że śledzie należą do jednych z najzdrowszych ryb morskich, ze względu na zawartość kawasów omega-3 EPA i DHA, które przyczyniają się do zachowania prawidłowego poziomu cholesterolu we krwi i działają przeciwzapalnie, przeciwdepresyjnie i antynowotworowo. Ważne jest również to, że śledzie spożywa się najczęściej na surowo (podwarszawski szwagier wprawdzie zachwyca się popularnym w Szwecji śledziem panierowanym z sosem remoulade, ale to raczej mniejszość w społeczeństwie), więc cenne nienasycone kwasy tłuszczowe nie ulegają niekorzystnym zmianom. Ponadto śledzie, z racji tego, że zajmują stosunkowo niskie miejsce w „rybnym łańcuchu pokarmowym”, są mało zanieczyszczone rtęcią, dioksynami czy polichlorowanymi bifenylami (PCB).
My dziś proponujemy „pospolite” śledzie, w tradycyjnej wersji z kwaśną śmietaną i jabłkami, których smak odświeżają młotkowane ziarna kolendry, a całość wieńczą i dodają odrobiny wykwintności ziarenka czarnego kawioru.

Przystawka ze śledzi
Składniki:
6 filetów ze śledzi wymoczonych, lub gotowych matiasów
6 jednakowej wielkości ziemniaków ugotowanych w mundurkach
1 opakowanie dobrej kwaśnej śmietany najlepiej o zaw. tłuszczu ponad 20%
2 duże kwaśne jabłka
2 szalotki
pieprz młotkowany z młotkowaną kolendrą
słoiczek czarnego kawioru np. z ikry taszy

Filety kroimy na plastry. Ugotowane ziemniaki obieramy i kroimy na równe „półksiężyce”.
Cebulę drobno kroimy, przelewamy wrzątkiem i razem z jabłkami pokrojonymi w kostkę mieszamy z kwaśną śmietaną oraz przyprawiamy pieprzem i kolendrą. Ziarna kolendry są tu bardzo ważne, nadają świeżości. Układamy trzy paski: ziemniaki, śledzie i śmietanę z dodatkami, na śmietanie łyżeczką układamy czarny kawior. Podajemy tego samego dnia.
 






Zgrzebne jak post wigilijny…

 





…i karnawałowe z kawiorem.


Asia